W 1933 roku Łódzkie Towarzystwo Elektryczne wydało niewielką broszurę zatytułowaną „Dobre światło dobra praca. Jak oświetlać mieszkanie? Wskazówki dla Pani Domu”. Nie była to jednak wyłącznie reklama prądu. Na dwudziestu stronach znalazł się właściwie krótki podręcznik projektowania oświetlenia mieszkania: od koloru ścian i sufitu, przez rodzaj klosza, po ustawienie lampy przy łóżku, biurku, lustrze czy kuchennym stole.
Autorzy zaczynali od przekonania czytelnika, że dobre światło jest czymś równie potrzebnym jak właściwa temperatura w mieszkaniu. Porównywali nawet potrzeby oczu z potrzebami całego ciała. Dobre oświetlenie miało pozwalać rozpoznawać przedmioty „w sposób miły, łagodny i szybki”, bez zmęczenia wzroku, bez oślepiających punktów i bez miejsc tak ciemnych, że zacierały się w nich kontury przedmiotów.
Światło nie miało już tylko rozjaśniać pokoju
To jedna z ciekawszych rzeczy w całej publikacji. W 1933 roku nie proponowano już po prostu zawieszenia mocnej żarówki pod sufitem. Autorzy rozróżniali kilka sposobów oświetlenia: bezpośrednie, pośrednie oraz warianty pośrednie, w których część światła kierowano na ściany i sufit, a część bezpośrednio na wnętrze.
W oświetleniu bezpośrednim strumień światła padał wprost na przedmiot. W pośrednim najpierw kierowany był na sufit, a dopiero światło odbite rozjaśniało pomieszczenie. Istniało też oświetlenie „przeważnie bezpośrednie” i „przeważnie pośrednie”.
Współczesny projektant wnętrz bez trudu rozpoznałby w tych wskazówkach zasadę rozdzielania funkcji światła w pomieszczeniu. Jedna lampa nie musiała wykonywać wszystkiego.

Biały sufit też był częścią instalacji oświetleniowej
Broszura zwracała uwagę nie tylko na lampy, lecz także na samo wykończenie wnętrza. Ciemne ściany i sufity miały pochłaniać znaczną część światła, dlatego zalecano kolory jasne: perłowe, kremowe i matowobiałe. Sufit, jeśli było to możliwe, powinien pozostawać biały.
Autorzy wiązali kolorystykę wnętrza również z samopoczuciem mieszkańców. Jasne barwy miały tworzyć „nastrój miły i pogodny” oraz sprzyjać zarówno pracy fizycznej, jak i umysłowej. W ten sposób kolor ściany przestawał być wyłącznie kwestią dekoracji. Stawał się elementem wpływającym na skuteczność całego systemu oświetlenia.
Goła żarówka nie była dobrym rozwiązaniem
Sporo miejsca poświęcono samym źródłom światła. Żarówki przezroczyste skupiały światło, tworzyły ostre cienie i mogły oślepiać. Dlatego należało stosować je z mlecznymi kloszami albo szkłem rozpraszającym. Żarówki mleczne i matowane dawały łagodniejsze cienie.
Były też żarówki określane jako dające „światło dzienne”, z niebieskiego szkła. Polecano je przy pracach, podczas których ważne było prawidłowe rozróżnianie kolorów — na przykład przy haftowaniu czy wykonywaniu kolorowych rysunków. Szczególne znaczenie miały oprawy. Ich głównym zadaniem była ochrona wzroku przed nadmiernym blaskiem żarówki. Do oświetlenia ogólnego służyły klosze, do oświetlenia konkretnego miejsca pracy — reflektory kierujące światło tam, gdzie było potrzebne.
Jednocześnie techniki nie oddzielano od estetyki. Oprawa powinna być wykonana „artystycznie” i dopasowana do charakteru mieszkania. Stosowano szkło opalowe i mleczne, alabaster, marmur, papier pergaminowy czy jedwab.
Przedpokój miał robić pierwsze wrażenie
Dalsza część poradnika przypomina spacer po mieszkaniu. Autorzy zaczynali od przedpokoju, na którego oświetleniu — jak pisali — nie należało oszczędzać. To właśnie tam osoba wchodząca do mieszkania otrzymywała pierwsze wrażenie.
Główna lampa mogła mieć żarówkę o mocy od 40 do 75 watów. Bardziej interesujące były jednak wskazówki dotyczące lustra. Nie należało oświetlać samej tafli, lecz stojącą przed nią osobę. Dlatego po obu stronach lustra zalecano montaż dwóch źródeł światła, mniej więcej na wysokości oczu.
Ta sama zasada pojawiała się później przy toalecie w sypialni.
Przy stole światło miało wyglądać dobrze także na twarzach
W pokoju stołowym światło należało skierować przede wszystkim na stół, aby dobrze prezentowały się potrawy i szkło. Jednocześnie autorzy przestrzegali przed rozwiązaniami zbyt kontrastowymi.
Całkowicie pośrednie światło mogło dawać wrażenie zbyt ponurego. Bezpośrednie z kolei było niekorzystne dla wyglądu osób siedzących przy stole. Zalecano więc kompromis: mocniej oświetlony stół i słabsze, ale równomierne światło w pozostałej części pomieszczenia.
W broszurze wyraźnie widać więc, że światło rozpatrywano nie tylko w kategoriach widoczności. Miało budować atmosferę i wpływać na wygląd wnętrza oraz znajdujących się w nim ludzi.
Lampka do czytania nie mogła świecić prosto w oczy
W sypialni światło powinno być łagodne. Nadmierna jaskrawość sufitu i ścian była uznawana za niewskazaną, ponieważ pomieszczenie służyło przede wszystkim wypoczynkowi.
Lampkę przy łóżku zalecano umieścić tak, by światło padało zza głowy na gazetę lub książkę. Wystarczyć miała żarówka 25-watowa umieszczona w odpowiedniej oprawie.
Przy lustrze znów wracano do oświetlenia bocznego. Autorzy tłumaczyli bardzo obrazowo, co stanie się, jeśli lampę zawiesimy wyłącznie nad nim: oczodoły, usta i szyja znajdą się w cieniu.
Pokój dziecka wymagał szczególnej ostrożności
Jeszcze większą uwagę poświęcono pokojowi dziecięcemu. Rozwijający się wzrok dziecka miał być chroniony przed olśnieniem, ostrymi kontrastami i mocnymi cieniami.
Za najlepsze uznawano oświetlenie pośrednie — światło najpierw padało na sufit, a następnie, odbite również od ścian, równomiernie rozjaśniało całe pomieszczenie. Przy biurku lub pulpicie miała natomiast stać ruchoma lampa z głębokim reflektorem. I pojawiała się zasada, którą przez kolejne dziesięciolecia powtarzano uczniom: światło powinno padać z lewej strony, aby ręka nie zasłaniała miejsca pracy.
Jedna żarówka w kuchni to było za mało
Szczególnie nowocześnie brzmi fragment poświęcony kuchni.
Autorzy krytykowali typowe rozwiązanie: pojedynczą, słabą żarówkę zawieszoną wysoko pod sufitem. Taki punkt dawał światło niedostateczne, a jednocześnie oślepiał.
Proponowano mocniejsze oświetlenie ogólne, ale to nie wszystko. Sama osoba pracująca przy kuchni, zlewie czy stole mogła przecież zasłonić światło własnym ciałem i rzucać cień dokładnie na miejsce wykonywanej pracy. Rozwiązaniem były dodatkowe lampy ścienne albo kinkiety umieszczone przy poszczególnych stanowiskach.
To właściwie przedwojenna wersja współczesnego oświetlenia roboczego nad kuchennym blatem.
Broszura zawiera też zdanie mocno osadzone w ówczesnych realiach społecznych. Pokój służbowy również należało dobrze oświetlić, ponieważ — jak przekonywano — służąca korzystająca z dobrego światła będzie wykonywać swoje obowiązki „lepiej i z większą ochotą”.

Światło nad wanną, deską do prasowania i biblioteką
Osobne rozwiązania przewidziano właściwie dla każdej czynności. W łazience zalecano lampę centralną oraz dwa źródła światła po bokach lustra. Oprawy powinny być wodoszczelne. W pralni dodatkową lampę należało umieścić przy balii albo desce do prasowania. W gabinecie oprócz oświetlenia ogólnego przewidywano lampę na biurku, a nawet osobną podłużną oprawę umieszczoną nad biblioteką.
Salon pozwalał już na zabawę światłem
W salonie zasady były luźniejsze. Ponieważ nie wykonywano tam zwykle stałych prac wymagających bardzo intensywnego oświetlenia, większego znaczenia nabierały „przyjemne efekty świetlne”. Lampy i oprawy powinny odpowiadać stylowi mebli, obrazów i ścian. Kryształowe żyrandole mogły być wyposażone w matowane żarówki albo niewielkie abażurki.
Ale jeśli w salonie stało pianino, estetyka znów ustępowała ergonomii. Muzyk siedzący przy instrumencie mógł rzucać cień na nuty i klawiaturę. Dlatego zalecano specjalną ruchomą oprawę w kształcie rynienki z rurkową żarówką. Podobną zasadę stosowano przy maszynie do szycia. Lampę przegubową można było ustawić tak, by dokładnie oświetlała ścieg i nie tworzyła przeszkadzających cieni.
Na schodach nie można było „stawiać nogi na cień”
Jednym z najbardziej obrazowych fragmentów broszury jest opis oświetlenia klatek schodowych.
Autorzy przestrzegali przed przezroczystymi żarówkami rzucającymi ostre cienie. Wchodzący po schodach człowiek mógł przez to błędnie ocenić położenie stopnia i — jak zapisano — zamiast na stopień postawić nogę „na cień”. Miało to być przyczyną licznych wypadków.
Jeszcze ciekawsza była rada dotycząca windy. Kabinę należało oświetlać dwiema żarówkami. Jeśli jedna się przepaliła, druga pozostawała źródłem światła. Inaczej osoby wrażliwe znajdujące się nagle w ciemnej windzie mogły odnieść „wrażenie spadania w przepaść”.
Dobry projekt miał także oszczędzać pieniądze
Cały poradnik miał oczywiście także wymiar handlowy. Jego wydawcą było przedsiębiorstwo elektryczne, więc autorzy konsekwentnie przekonywali, że korzystanie z energii elektrycznej jest tańsze, niż wydawało się odbiorcom.
Wyliczano, że żarówka 25-watowa świecąca przeciętnie dwie godziny dziennie kosztowała około 3–5 groszy dziennie. Autorzy zestawiali ten wydatek z papierosem: w ciągu kilku minut palacz puszczał z dymem równowartość całodziennego oświetlenia taką żarówką.
Lampę naftową przedstawiano natomiast jako rozwiązanie droższe, mniej wygodne i stwarzające większe zagrożenie pożarem. Oszczędzanie na świetle elektrycznym nazwano wprost „fałszywą oszczędnością”.


Mieszkanie jako system światła
Najciekawsze w broszurze z 1933 roku nie są jednak wartości mocy dawnych żarówek. Są nimi sposób myślenia i konsekwencja. Innego światła potrzebował stół, innego lustro, inne powinno znaleźć się przy łóżku, biurku, kuchence, maszynie do szycia czy pianinie. Znaczenie miał kolor sufitu, materiał klosza, wysokość zawieszenia lampy, kierunek padania promieni, odbicie światła i cienie tworzone przez samego użytkownika.
Dobre oświetlenie oznaczało więc nie „więcej światła”, lecz światło odpowiednie do miejsca i wykonywanej czynności.
Pod koniec broszury autorzy przypominali jeszcze o czyszczeniu zakurzonych lamp, korzystaniu z usług fachowych instalatorów i poprawianiu oświetlenia w każdej części domu. Podsumowanie było krótkie: „W oszczędnym domu tylko dobre światło!”.
Po ponad dziewięćdziesięciu latach wiele technologii opisanych w poradniku dawno wyszło z użycia. Sama zasada pozostała jednak zadziwiająco aktualna: dobrze zaprojektowane wnętrze nie kończy się na meblach, kolorach i przedmiotach. O tym, jak naprawdę je widzimy i jak się w nim czujemy, w dużej mierze decyduje światło. Pytanie o to, jak projektujemy miejsca codziennego życia, pozostaje aktualne. O współczesnym polskim dizajnie, wnętrzach i kulturze projektowania opowiada m.in. Aleksandra Koperda, jedna z prelegentek tegorocznej konferencji East Creative.
Źródło:
Dobre światło dobra praca. Jak oświetlać mieszkanie? Wskazówki dla Pani Domu, Łódzkie Towarzystwo Elektryczne, 1933, egzemplarz zdigitalizowany w Bibliotece Narodowej – Polona.

Dodaj komentarz