Dziesiątego sierpnia 1944 roku powstanie warszawskie trwało już dziesiąty dzień. Na Woli dobiegała końca największa fala masowych egzekucji ludności cywilnej, trwały walki na Ochocie, a niemieckie natarcie coraz mocniej zagrażało Staremu Miastu. Powstańcy bronili zdobytych wcześniej dzielnic, szpitale zapełniały się rannymi, mieszkańcy chronili się w piwnicach.
Tymczasem wydawana w Lublinie „Rzeczpospolita” pod nagłówkiem „Wiadomości z Warszawy” pisała przede wszystkim o zabójstwach politycznych, zaginionych profesorach oraz losach pisarzy i aktorów. Część tych wiadomości była nieaktualna, część niedokładna, a niektóre okazały się fałszywe. O samym powstaniu i sytuacji walczących dzielnic informowano początkowo niewiele.
Nie oznaczało to jednak, że powstanie zostało całkowicie przemilczane. Między 10 a 21 sierpnia 1944 roku na łamach gazety można dostrzec wyraźną zmianę. Od fragmentarycznych doniesień redakcja przeszła do uznania bohaterstwa Warszawy, a następnie do budowy całościowej interpretacji politycznej wydarzeń.

Walczący mieszkańcy byli przedstawiani jako patrioci i bohaterowie. Dowódcy Armii Krajowej i politycy związani z rządem RP w Londynie stawali się natomiast „prowodyrami”, „reakcyjnymi politykierami” i „nieodpowiedzialnymi awanturnikami”. Jedyną realną siłą zdolną uratować stolicę miały być Armia Czerwona oraz formowane u jej boku Wojsko Polskie.
Na łamach pierwszych lubelskich numerów „Rzeczpospolitej” powstawała w ten sposób opowieść, która w następnych dziesięcioleciach miała wielokrotnie powracać w oficjalnej propagandzie: bohaterska ludność Warszawy została celowo poświęcona przez nieodpowiedzialne dowództwo obozu londyńskiego.
Gazeta nowego państwa
„Rzeczpospolita” sama była produktem gwałtownych zmian zachodzących latem 1944 roku na Lubelszczyźnie. Pierwszy numer przygotowano w pośpiechu, wkrótce po wkroczeniu Armii Czerwonej do Chełma. Według wspomnień Anatola Mikułki prace nad wydaniem trwały zaledwie dobę. Jednym z głównych organizatorów przedsięwzięcia był Jerzy Borejsza, który zabiegał o papier, wyposażenie drukarni, ludzi do pracy i system kolportażu.
Pierwszy numer nosił jeszcze datę i oznaczenie Chełma, natomiast kolejny ukazał się już w Lublinie. Redakcja szybko stała się jednym z ośrodków skupiających przybywających do miasta dziennikarzy, pisarzy, aktorów i ludzi kultury. „Rzeczpospolita” nie miała być jedynie gazetą informującą o wydarzeniach. Stanowiła również narzędzie organizowania nowego życia politycznego wokół powołanego w Moskwie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.
Jej łamy zajmowały w znacznej mierze sprawy odbudowy kraju: uruchamianie administracji, kolei, poczty, szkół, zakładów przemysłowych i instytucji kultury. Dużo miejsca poświęcano odbudowie Lublina oraz tworzeniu aparatu nowego państwa.
Powstawał znamienny kontrast. Warszawa nadal walczyła i ginęła, natomiast w Lublinie mówiono już językiem odbudowy, organizowania administracji oraz „odradzania się” Polski. Stolica pojawiała się na łamach gazety nie tylko jako miejsce bieżących walk, lecz także jako problem polityczny, który należało odpowiednio objaśnić czytelnikom.
„Polscy faszyści wyręczają gestapo?”
W numerze z 10 sierpnia „Rzeczpospolita” zamieściła artykuł opatrzony pytaniem:
„Polscy faszyści wyręczają gestapo?”
Autor przekonywał, że od początku czerwca w Warszawie działała grupa terrorystów wywodząca się z dawnego Obozu Narodowo-Radykalnego. Jej członkowie mieli mordować oficerów podziemia związanych z rządem londyńskim, ale znanych jednocześnie z demokratycznych przekonań. Następnie – według gazety – rozpoczęli polowanie na profesorów, literatów i artystów.
Punktem wyjścia były wydarzenia prawdziwe. 13 czerwca 1944 roku w Warszawie zamordowano Jerzego Makowieckiego, jego żonę Zofię oraz historyka Ludwika Widerszala. Makowiecki kierował Wydziałem Informacji Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Widerszal także był związany z BIP i należał do uczniów profesora Marcelego Handelsmana.
Zbrodnia stanowiła jeden z najbardziej ponurych przykładów wewnętrznych porachunków politycznych w polskim podziemiu. Wykonawcy byli związani ze skrajnie nacjonalistycznymi środowiskami konspiracyjnymi. Do dziś nie wszystkie okoliczności, inspiracje i zakres odpowiedzialności poszczególnych osób zostały jednoznacznie wyjaśnione.
„Rzeczpospolita” przedstawiła jednak sprawę jako fragment znacznie szerszej, systematycznej akcji likwidowania demokratycznej części polskiej inteligencji. Na czele grupy morderców miał stać Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski „Kmicic”, związany z tą częścią Narodowych Sił Zbrojnych, która nie podporządkowała się Armii Krajowej.
Gazeta nie przedstawiła dowodów, że „Kmicic” bezpośrednio kierował opisaną grupą ani że odpowiadał za całą serię zabójstw uczonych i artystów. Jeszcze dalej szło stwierdzenie, że morderstwa odbywały się „za cichą zgodą gestapo”, któremu polscy faszyści mieli ułatwiać rozpoznawanie przeciwników w świecie kultury.
Powstała w ten sposób prosta konstrukcja: skrajna prawica morduje demokratów, jej działalność jest korzystna dla Niemców, a zatem przeciwnicy polityczni nowej władzy stają się faktycznymi pomocnikami okupanta.
Jednocześnie gazeta przemilczała, że przedstawiciele środowisk narodowych także uczestniczyli w powstaniu warszawskim. Oddziały i żołnierze NSZ walczyli przeciw Niemcom, często podporządkowując się miejscowym dowódcom Armii Krajowej.
Profesor, którego uśmiercono za wcześnie
Najpoważniejszy błąd dotyczył Marcelego Handelsmana. „Rzeczpospolita” informowała:
„W końcu wytropiono i samego profesora Handelsmana, uczonego światowej sławy, i zamordowano go niecały miesiąc temu w Milanówku”.
Handelsman rzeczywiście ukrywał się pod Warszawą i w lipcu 1944 roku został aresztowany przez gestapo. Nie zamordowano go jednak w Milanówku. Przeszedł przez niemieckie obozy koncentracyjne Gross-Rosen i Mittelbau-Dora. Zmarł dopiero 20 marca 1945 roku.
Razem z nim zatrzymano Halinę Krahelską, działaczkę społeczną, pisarkę i współpracowniczkę struktur Polskiego Państwa Podziemnego. Gazeta również ją uznała za zamordowaną. W rzeczywistości została deportowana do Ravensbrück i zmarła tam w kwietniu 1945 roku.
W obu przypadkach redakcja mogła dysponować wiadomościami o aresztowaniu i zaginięciu. Zamiast jednak poinformować, że dalszy los poszukiwanych pozostaje nieznany, ogłosiła ich śmierć. Wersja ta pasowała do obrazu czystki prowadzonej wspólnie przez gestapo i polską skrajną prawicę.
W tej samej rubryce za rozstrzelanego uznano także aktora i dramaturga Romana Niewiarowicza. Niewiarowicz został aresztowany za działalność konspiracyjną, ale przeżył wojnę.
Wiadomości sprzed dwóch lat
W kolejnym numerze redakcja dopisała następne nazwiska do listy „strat poniesionych ostatnio przez polską inteligencję”. Wymieniono między innymi Maję Berezowską, Tadeusza Hollendra, Edwarda Szymańskiego, Edwarda Boyégo, Stefana Essmanowskiego, Leona Pomirowskiego, Ludwika Pugeta, Mieczysława Węgrzyna, Anielę Zagórską, Stefana Kiedrzyńskiego, Wacława Szumańskiego i Zygmunta Łempickiego.
Większość tych osób rzeczywiście padła ofiarą niemieckich represji albo zmarła podczas okupacji. Nie były to jednak wiadomości bieżące.
Stefan Essmanowski oraz Ludwik Puget zginęli już w 1942 roku. Tadeusz Hollender, Edward Szymański, Leon Pomirowski, Wacław Szumański i Zygmunt Łempicki zmarli lub zostali zamordowani w 1943 roku. Edward Boyé, Aniela Zagórska i Stefan Kiedrzyński również nie żyli od wielu miesięcy.
Obok informacji prawdziwych pojawiały się nieścisłości. Essmanowski był więźniem Pawiaka, lecz nie został tam rozstrzelany. Zygmunt Łempicki nie został stracony, jak sugerowała konstrukcja tekstu, ale zmarł w Auschwitz na tyfus.
Rubryka nie stanowiła więc serwisu z walczącej Warszawy. Była kompilacją dawnych wiadomości, pogłosek, nekrologów i niepotwierdzonych informacji o losach polskiej inteligencji. Zacierała różnice między egzekucją, śmiercią w obozie, śmiercią naturalną i zaginięciem.
W tym samym czasie wiadomości o bieżących walkach w poszczególnych dzielnicach, sytuacji szpitali, braku wody, niemieckich nalotach czy zbrodniach na ludności cywilnej były na łamach „Rzeczpospolitej” znacznie skromniejsze.
Powstanie rozpoczęło się 1 sierpnia o godzinie 17. W pierwszych dniach powstańcy opanowali znaczną część Śródmieścia, Starego Miasta, Woli i Powiśla, a także fragmenty Mokotowa, Ochoty i Żoliborza. W dniach, gdy lubelska gazeta przypominała losy ludzi kultury sprzed roku lub dwóch, Niemcy przeprowadzali masowe mordy na Woli, których ofiarami padły dziesiątki tysięcy mieszkańców.
Brak wiadomości czy wybór polityczny?
Skąpe informacje o walkach można częściowo tłumaczyć warunkami wojennymi. Lublin i Warszawę rozdzielał front, łączność była ograniczona, a wiadomości napływały z opóźnieniem. Redakcja nie miała możliwości prowadzenia zwykłej sieci korespondentów w walczącym mieście.
Nie wyjaśnia to jednak całego obrazu. „Rzeczpospolita” była politycznie związana z PKWN i zależna od informacji pochodzących ze źródeł sowieckich. Powstanie prowadziła Armia Krajowa podporządkowana władzom Rzeczypospolitej w Londynie – a więc ośrodkowi, którego legalność nowa władza kwestionowała.
Każda obszerna relacja o sukcesach AK wzmacniałaby prestiż Polskiego Państwa Podziemnego. Gazeta musiała więc znaleźć sposób, by uznać oczywiste bohaterstwo Warszawy, a jednocześnie nie dopuścić do przedstawienia jej walki jako potwierdzenia prawa rządu londyńskiego do sprawowania władzy w Polsce.
Taka interpretacja pojawiła się w pełni w połowie sierpnia.
Bohaterskie miasto i winni dowódcy
W numerze z 16 sierpnia ton uległ wyraźnej zmianie. „Rzeczpospolita” pisała:
„Wczoraj, w dniu Żołnierza Polskiego, myśli nasze i serca skierowane były ku bohaterskiej Warszawie, która krwawi i walczy”.
Warszawiaków nazwano dumą narodu. Podkreślano, że ludność nie usłuchała niemieckiego wezwania do opuszczenia miasta i ponownie zadziwiła świat swoim hartem ducha. Padało również jednoznaczne stwierdzenie:
„W walce brały i biorą udział wszystkie siły społeczeństwa polskiego. Walczyła i walczy cała Warszawa”.
Nie był to zatem atak na wszystkich uczestników powstania. Gazeta dokonała wyraźnego rozdzielenia. Mieszkańcy i szeregowi żołnierze zostali uznani za bohaterów. Odpowiedzialność za tragedię przypisano natomiast „reakcyjnym politykierom”, „prowodyrom” i „nieodpowiedzialnym awanturnikom”.
Głównym winowajcą uczyniono gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Było to historycznie wygodne, lecz nieścisłe. Sosnkowski nie wydał bezpośredniego rozkazu rozpoczęcia powstania. Przeciwnie, należał do tych przedstawicieli władz emigracyjnych, którzy obawiali się podjęcia walk w Warszawie bez gwarancji pomocy.
Ostateczną decyzję podjął 31 lipca dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór”, w porozumieniu z delegatem rządu Janem Stanisławem Jankowskim. Bezpośrednie dowództwo nad siłami warszawskimi sprawował płk Antoni Chruściel „Monter”.
Sosnkowski był jednak zdecydowanym przeciwnikiem polityki sowieckiej. Jego nazwisko pozwalało połączyć w jeden obóz rząd emigracyjny, dowództwo Armii Krajowej, przedwojenną sanację i przeciwników PKWN.
Powstanie przeciw porozumieniu z Moskwą
„Rzeczpospolita” powtarzała oficjalne stanowisko sowieckie: polskie władze w Londynie nie poinformowały wcześniej dowództwa Armii Czerwonej o planowanym wystąpieniu i nie próbowały skoordynować go z operacjami frontowymi.
Brak wcześniejszego uzgodnienia operacyjnego był faktem. Z tego gazeta wyciągała jednak znacznie dalej idący wniosek. Powstanie miało zostać wywołane przede wszystkim po to, aby w czasie rozmów premiera Stanisława Mikołajczyka w Moskwie stworzyć „dokonane fakty polityczne” i uniemożliwić porozumienie z PKWN.
Było prawdą, że powstanie miało także cel polityczny. Warszawa wyzwolona przez Armię Krajową miała wystąpić wobec wkraczających Sowietów jako stolica niepodległego państwa, z ujawnionymi władzami Polskiego Państwa Podziemnego. Taki był szerszy sens operacji „Burza”: uderzyć na Niemców, a następnie przyjąć Armię Czerwoną w roli legalnego gospodarza własnego kraju.
Gazeta przedstawiała jednak ten cel wyłącznie jako spisek wymierzony w „jedność narodową”. Pomijała doświadczenia oddziałów AK na ziemiach zajmowanych wcześniej przez Sowietów, gdzie po wspólnej walce z Niemcami polskich żołnierzy rozbrajano, aresztowano lub zmuszano do wstępowania do armii podporządkowanej Moskwie.
„Polskie czołgi idą na Warszawę”
Dzień później „Rzeczpospolita” zamieściła obszerny tekst zatytułowany:
„Polskie czołgi idą na Warszawę”.
Był to przedruk lub opracowanie materiału wojskowej gazety „Zwyciężymy”. Opisywano w nim walki 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte, współdziałającej z oddziałami Armii Czerwonej.
Relacja pełna była obrazów usmolonych czołgistów, biało-czerwonych chorągiewek, płonących niemieckich pojazdów i rannych żołnierzy kontynuujących walkę. Autor podkreślał, że każdy obrót gąsienic przybliża polskie wojsko do Warszawy.
Walki były prawdziwe i niezwykle ciężkie. Brygada uczestniczyła w bitwie na przyczółku warecko-magnuszewskim, między innymi w rejonie Studzianek. Odpierała niemieckie kontrataki, walcząc także przeciw jednostkom Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Göring”.
Nie była to jednak bezpośrednia operacja odsieczowa dla powstańczej Warszawy. Studzianki i Magnuszew znajdowały się kilkadziesiąt kilometrów na południe od stolicy. Celem walk było utrzymanie przyczółka na zachodnim brzegu Wisły, a nie natychmiastowe przebicie się do miasta.
Tytuł tworzył jednak jednoznaczne wrażenie: polskie czołgi przekroczyły Wisłę i nadchodzą z pomocą Warszawie. Artykuł dostarczał w ten sposób ilustracji do deklaracji z poprzedniego numeru, że Armia Czerwona i Wojsko Polskie spieszą stolicy na ratunek.
Nie należy przy tym podważać bohaterstwa polskich czołgistów. Propagandowy charakter materiału nie unieważnia ich rzeczywistego wysiłku i ofiar. Manipulacja polegała na zmianie znaczenia bitwy: walkę o utrzymanie przyczółka przedstawiono jako kolejny etap bezpośredniego marszu ku powstańczej stolicy.
„Co Anglia mówiła o powstaniu”
Dla wzmocnienia własnej interpretacji „Rzeczpospolita” zaczęła przytaczać głosy prasy brytyjskiej. Jeden z artykułów przedstawiono pod nagłówkiem sugerującym, że oto „Anglia” wydaje swój werdykt w sprawie powstania.
Cytowany „Week” określał wydarzenia w Warszawie mianem nieudanej politycznej demonstracji „kliki Sosnkowskiego”. Według pisma polskie władze chciały uprzedzić Armię Czerwoną, ogłosić, że stolica została wyzwolona przez zwolenników rządu londyńskiego, i wykorzystać śmierć mieszkańców do walki politycznej przeciw ZSRR.
W kolejnym przeglądzie wymieniono „Daily Express”, „Daily Herald”, „Daily Worker”, „News Chronicle”, „Observer” oraz „Reynolds News”. Cytowane komentarze krytykowały brak wcześniejszego uzgodnienia powstania z aliantami, odrzucały podejrzenia wobec Stalina i przypisywały odpowiedzialność rządowi polskiemu w Londynie.
Nie ma podstaw, by uznać wszystkie przytoczone wypowiedzi za wymyślone. W części brytyjskiej prasy, zwłaszcza lewicowej i prosowieckiej, rzeczywiście pojawiała się ostra krytyka decyzji o rozpoczęciu walk.
Dobór tytułów nie był jednak neutralny. „Daily Worker” był organem Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii. Jego stanowisko odpowiadało linii Moskwy niemal słowo w słowo. „Daily Herald” był związany z ruchem labourzystowskim, a „News Chronicle” reprezentował nurt liberalny, przykładający dużą wagę do utrzymania dobrych relacji z ZSRR.
Gazeta nie pokazywała całej debaty. Pomijała głosy domagające się pomocy dla Warszawy, krytykujące postępowanie Stalina i wskazujące na odmowę udostępnienia sowieckich lotnisk samolotom alianckim.
Wybrany zestaw komentarzy miał stworzyć wrażenie, że Moskwa, Lublin i Londyn mówią jednym głosem: powstanie było nieodpowiedzialną polityczną demonstracją, a podejrzenia wobec ZSRR stanowiły jedynie „histeryczną” propagandę polskich reakcjonistów.
Przeciwko takiej postawie części brytyjskiej lewicy wystąpił między innymi George Orwell. We wrześniu 1944 roku na łamach „Tribune” ostro krytykował dziennikarzy i intelektualistów bezrefleksyjnie powtarzających sowiecką interpretację wydarzeń.
„Rzeczpospolita” nie pokazywała więc po prostu tego, co Anglia mówiła o powstaniu. Pokazywała przede wszystkim to, co sama chciała z Anglii usłyszeć.
„Tragedia Warszawy”
Najpełniejszą interpretację przedstawiono 21 sierpnia w artykule „Tragedia Warszawy”. Autor połączył w jeden ciąg klęskę wrześniową, politykę sanacji, rząd RP w Londynie i decyzję o rozpoczęciu powstania.
Przypomniano przedwojenne hasło „silni, zwarci, gotowi”, udział Polski w zajęciu Zaolzia, odrzucenie współpracy z ZSRR i ucieczkę władz przez Zaleszczyki. Następnie stwierdzono:
„Sierpień 1944 wejdzie do historji Polski pod tytułem: »Tragedja Warszawy«. Znów ci sami, co sprowadzili klęskę września 1939, sprowokowali nieodpowiedzialnie przedwczesną walkę bohaterskiej Warszawy”.
Była to konstrukcja niezwykle użyteczna politycznie. Wszystkich przeciwników PKWN – od sanacji przez ludowców i socjalistów związanych z Polskim Państwem Podziemnym po dowództwo AK – przedstawiano jako jeden obóz reakcji.
W rzeczywistości rząd emigracyjny i podziemne struktury państwa tworzyli przedstawiciele różnych partii, często skonfliktowanych z przedwojenną sanacją. Premier Stanisław Mikołajczyk był działaczem ludowym, a nie kontynuatorem obozu piłsudczykowskiego.
Jeszcze bardziej znaczące były przemilczenia. Autor oskarżał władze przedwojenne o odrzucenie sowieckiej pomocy, ale nie wspominał o pakcie Ribbentrop–Mołotow, agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku, deportacjach ani zbrodni katyńskiej.
Podobny mechanizm zastosowano do 1944 roku. ZSRR przedstawiano jako bezinteresowną siłę wyzwoleńczą. Skoro Stalin miał chcieć pomóc Warszawie, brak skutecznej odsieczy mógł wynikać wyłącznie z przyczyn wojskowych albo z błędów polskiego dowództwa.
Stalin nie wzywał miast do powstania
„Rzeczpospolita” przedstawiała Stalina jako wzór odpowiedzialnego stratega:
„Marszałek Stalin, niezwykły strateg, który prowadził swe wojska do ciężkich walk o Rostów i Kijów, Żytomierz i Odessę — nigdy nie nawoływał do powstań w tych miastach”.
Zdanie miało wykazać, że rozsądny dowódca nie naraża ludności wielkiego miasta przed nadejściem regularnych wojsk.
Argument dotykał rzeczywistego i do dziś dyskutowanego problemu: decyzję o rozpoczęciu walk podjęto bez pewności, że Armia Czerwona natychmiast nadejdzie z pomocą. Powstańcy dysponowali niewielką ilością broni, a plan zakładał stosunkowo krótki okres walki przed wkroczeniem wojsk sowieckich.
Gazeta nie analizowała jednak pełnego położenia polskiego podziemia. Nie wspominała o powodach, dla których dowódcy AK obawiali się biernego oczekiwania na Armię Czerwoną. Nie stawiała pytania, co stałoby się z władzami podziemnej Rzeczypospolitej, gdyby do Warszawy weszły wyłącznie wojska sowieckie i struktury PKWN.
Rozważania wojskowe służyły przede wszystkim potwierdzeniu politycznej tezy: Stalin działał odpowiedzialnie, a Londyn świadomie poświęcił miasto.
Paryż, w którym właśnie budowano barykady
Najbardziej niefortunne okazało się porównanie Warszawy z Paryżem. Autor pytał:
„Czy głos de Gaulle’a zabrzmiał z wezwaniem ludności Paryża do powstania? Czyż gen. Eisenhower wysadził desanty w Paryżu?”
Następnie dowodził, że odpowiedzialni przywódcy nawołują mieszkańców wielkich miast do spokoju, ponieważ powstanie oznaczałoby niepotrzebny przelew krwi.
Numer ukazał się 21 sierpnia. Tymczasem powstanie w Paryżu rozpoczęło się już 19 sierpnia. Francuscy policjanci, członkowie ruchu oporu i mieszkańcy zajmowali budynki, wznosili barykady i walczyli z niemieckim garnizonem.
Centralny przykład artykułu był więc nieaktualny właściwie w chwili druku.
Nie oznacza to, że sytuacje Warszawy i Paryża były jednakowe. Przeciwnie, różnica była zasadnicza. Wojska alianckie znajdowały się w szybkim marszu przez Francję. Po kilku dniach do Paryża wkroczyła francuska 2. Dywizja Pancerna wspierana przez oddziały amerykańskie.
Warszawa nie doczekała się podobnej odsieczy. Armia Czerwona zatrzymała się na wschód od głównych dzielnic miasta, a próba przeprawy żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego podjęta we wrześniu zakończyła się ciężkimi stratami i niepowodzeniem.
Różnica nie polegała więc na tym, że Francuzi rozsądnie czekali, a Polacy nieodpowiedzialnie rozpoczęli walkę. Paryż również powstał. Do Paryża regularne wojska dotarły jednak po kilku dniach.
Niemcy na drugim planie
W analizowanych artykułach uderza jeszcze jedna cecha. Niemcy byli oczywiście przedstawiani jako okupanci, zbrodniarze i wrogowie. Jednak w tekstach poświęconych politycznej odpowiedzialności za tragedię Warszawy stopniowo schodzili na dalszy plan.
Najostrzejsze oskarżenia kierowano przeciw:
- sanacji,
- Sosnkowskiemu,
- rządowi londyńskiemu,
- dowództwu Armii Krajowej,
- „polskim reakcjonistom”,
- autorom podejrzeń wobec ZSRR.
Niemcy mordowali mieszkańców, palili domy i tłumili powstanie, lecz zasadnicze pytanie artykułów brzmiało nie: kto dokonał zbrodni, ale kto wydał rozkaz do walki.
Takie przesunięcie odpowiedzialności miało dalekosiężne znaczenie. Pozwalało mówić o tragedii Warszawy bez podejmowania niewygodnej kwestii polityki Stalina. Umożliwiało również przyjęcie bohaterstwa szeregowych powstańców do nowej opowieści narodowej, pod warunkiem odrzucenia ich dowódców i legalnych władz.
„Jeden jest naród, jedno państwo, jedno wojsko”
Artykuł z 16 sierpnia kończyła deklaracja:
„Bo jeden jest naród polski.
Jedno jest państwo polskie.
Jedno jest Wojsko Polskie”.
Zdania te brzmiały pojednawczo. Gazeta zapewniała, że nikt szczerze walczący o Polskę nie jest nowej władzy obcy, bez względu na to, „spod jakich sztandarów wiedzie swój rodowód”.
Była to jednak oferta warunkowa. Żołnierz Armii Krajowej mógł zostać uznany za patriotę, jeśli oddzielono go od własnego dowództwa, rządu londyńskiego i politycznego celu powstania.
„Jedno państwo” oznaczało państwo tworzone przez PKWN. „Jedno Wojsko Polskie” – armię dowodzoną przez gen. Michała Rolę-Żymierskiego i działającą u boku Armii Czerwonej. Armia Krajowa, Polskie Państwo Podziemne i siły zbrojne na Zachodzie nie miały być równorzędnymi częściami jednej wspólnoty, lecz strukturami, których żołnierzy należało odłączyć od dotychczasowych przywódców.
Od milczenia do kontrolowanego uznania
Przekaz „Rzeczpospolitej” rozwijał się etapami.
W dniach 10–11 sierpnia gazeta informowała przede wszystkim o dawnych stratach polskiej inteligencji. Wykorzystywała rzeczywiste mordy polityczne w podziemiu, powiększając ich skalę i łącząc skrajną prawicę z gestapo.
Szesnastego sierpnia otwarcie uznała bohaterstwo walczącej Warszawy, ale odpowiedzialnością za tragedię obciążyła dowództwo i „klikę londyńską”.
Dzień później przedstawiła polskich czołgistów walczących pod Studziankami jako wojsko idące na Warszawę.
Następnie wykorzystała starannie wybrane komentarze brytyjskie, aby stworzyć wrażenie międzynarodowej zgody na sowiecką ocenę powstania.
Dwudziestego pierwszego sierpnia pojawiła się już kompletna interpretacja historyczna: Warszawa 1944 była powtórzeniem września 1939 roku, rząd londyński kontynuował błędy sanacji, a jedyną drogą do odbudowy Polski pozostawał sojusz ze Związkiem Sowieckim.
Nie było to całkowite przemilczenie powstania. Było to kontrolowane uznanie jego bohaterstwa połączone z odebraniem mu własnego politycznego znaczenia.
Warszawa walczyła, Lublin budował nowe państwo
W sierpniu 1944 roku dwa polskie miasta znajdowały się w zupełnie różnych rzeczywistościach.
Warszawa nadal była polem bitwy. Jej mieszkańcy walczyli, ginęli w masowych egzekucjach, tracili domy i bliskich. Lublin przedstawiano natomiast jako miejsce, w którym państwo już się odradzało: uruchamiano urzędy, transport, drukarnie, szkoły i instytucje kultury.
„Rzeczpospolita” należała do najważniejszych symboli tego procesu. Gazeta nie tylko opisywała powstającą rzeczywistość, lecz także pomagała ją tworzyć. Na jej łamach ustalano, kto jest patriotą, kto reakcjonistą, która armia jest prawdziwie polska i która władza ma prawo przemawiać w imieniu kraju.
Powstanie warszawskie stanowiło dla tej narracji poważny problem. Nie można było zaprzeczyć bohaterstwu mieszkańców. Nie można było jednak pozwolić, aby ich walka stała się potwierdzeniem legalności Polskiego Państwa Podziemnego.
Dlatego powstańcy pozostali bohaterami, ale bohaterami oszukanymi. Ich dowódcy stali się awanturnikami. Rząd w Londynie miał poświęcić miasto dla własnych interesów, a armia nadchodząca ze wschodu przedstawiana była jako jedyna siła zdolna przynieść wyzwolenie.
Właśnie w tych sierpniowych numerach rodziła się opowieść, która później przez dziesięciolecia określała oficjalny sposób mówienia o powstaniu: chwała dla walczącego ludu Warszawy, potępienie dla tych, którzy wydali mu rozkaz.
Źródło prasowe
„Rzeczpospolita”, numery z 10, 11, 16, 17 i 21 sierpnia 1944 roku. W cytatach zachowano pisownię właściwą dla oryginalnego wydania.
Źródła i materiały internetowe
- Jak powstała pierwsza powojenna polska gazeta – „Rzeczpospolita”, Rynek Lubelski – o organizowaniu redakcji, roli Jerzego Borejszy i pierwszych numerach gazety.
- Powstanie Warszawskie, Muzeum Powstania Warszawskiego – kalendarium, dowództwo i przebieg walk.
- Pierwszy dzień Powstania Warszawskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego – sytuacja oddziałów 1 sierpnia i pierwsze straty.
- Akcja „Burza”, „Biuletyn IPN” – polityczne i wojskowe uwarunkowania wystąpień Armii Krajowej wobec zbliżającej się Armii Czerwonej.
- Narodowe Siły Zbrojne 1942–1946, Instytut Pamięci Narodowej – między innymi o udziale żołnierzy NSZ w akcji „Burza” i powstaniu warszawskim.
- Powstanie Warszawskie – materiały Instytutu Pamięci Narodowej – zestaw opracowań dotyczących powstania, akcji „Burza” i propagandy komunistycznej.
- Dwadzieścia lat z życia miasta, Muzeum Powstania Warszawskiego – dane dotyczące strat cywilnych, zniszczeń oraz późniejszej odbudowy stolicy.

Dodaj komentarz