„Śpijcie spokojnie wy, coście spokoju znaleźć nie mogli”. Jak w XIX wieku grzebano samobójców

Na właściwym cmentarzu stały kamienne kolumny, obeliski, krzyże i rodzinne grobowce. Inskrypcje zapewniały, że spoczywają pod nimi ludzie cnotliwi, szlachetni i zasłużeni. Tuż obok znajdowało się jednak miejsce pozbawione pomników, epitafiów i symboli religijnych. O jego przeznaczeniu informowała osobna tablica:

„Miejsce do grzebania dla samobójców”.

Tak wydzieloną część lubelskiego cmentarza na Rurach zobaczył w 1867 roku W. Ciesielski. W cyklu „Kartki z Lubelskiego”, publikowanym w „Kurjerze Lubelskim”, pozostawił nie tylko opis dawnego zwyczaju pogrzebowego. Napisał również przejmujący protest przeciwko pośmiertnemu odrzucaniu ludzi, których cierpienia — jak przekonywał — nikt nie próbował zrozumieć.

Poza poświęconą ziemią

Przez stulecia miejsce pochówku mówiło o pozycji zmarłego w społeczności. Chrześcijan chowano w kościołach, kryptach lub na poświęconych cmentarzach przyświątynnych. Poza ich granicami grzebano natomiast ludzi, którym odmawiano pełnego pogrzebu kościelnego: między innymi skazańców, osoby nieochrzczone oraz tych, którzy odebrali sobie życie.

W kulturze chrześcijańskiej samobójstwo uznawano za ciężkie naruszenie prawa Bożego. Szczególnie surowo oceniano je dlatego, że śmierć uniemożliwiała zmarłemu spowiedź, skruchę i uzyskanie sakramentalnego rozgrzeszenia. Przekonania religijne znalazły odzwierciedlenie zarówno w prawie kościelnym, jak i w świeckich obyczajach. Odmawiano ceremonii pogrzebowej i miejsca w poświęconej części nekropolii, a w niektórych krajach karano także ciało zmarłego lub odbierano spadkobiercom jego majątek.

Zmarłych śmiercią samobójczą chowano więc niekiedy na rozstajach dróg, przy granicach miejscowości, w pobliżu miejsc straceń albo za murem cmentarnym. Cmentarze położone poza osadami długo budziły opór właśnie dlatego, że tereny oddalone od kościołów kojarzyły się wcześniej z pochówkami osób uznawanych za niegodne spoczywania w uświęconej ziemi.

Zwyczaje nie były jednak wszędzie jednakowe. Zależały od epoki, miejscowych przepisów, decyzji duchownych i okoliczności śmierci. Szczególne znaczenie miało pytanie, czy człowiek działał świadomie, czy też cierpiał na chorobę albo znajdował się w stanie zaburzającym zdolność podejmowania decyzji.

Nowy cmentarz za Lublinem

Lubelski cmentarz rzymskokatolicki na Rurach, dziś stanowiący część zespołu nekropolii przy ulicy Lipowej, otwarto w 1794 roku. Powstał poza ówczesną zwartą zabudową miasta, zgodnie z nowymi przepisami sanitarnymi i administracyjnymi, które nakazywały stopniowe wyprowadzanie pochówków z kościołów oraz zatłoczonych cmentarzy przyświątynnych.

Zmiana nie została przyjęta bez oporu. Pochówek daleko od świątyni mógł być odbierany jako ujma dla zmarłego. W dotychczasowej świadomości podobne miejsca kojarzyły się bowiem z ludźmi wykluczonymi ze wspólnoty: skazańcami, samobójcami, dziećmi zmarłymi bez chrztu i ofiarami epidemii.

Z czasem nekropolia stała się głównym miejscem pochówku lubelskich katolików. Powstawały przy niej kolejne aleje, kwatery i okazałe grobowce. Nadal jednak nie wszyscy zmarli zajmowali w tej przestrzeni równorzędne miejsce. Odrębne obszary przeznaczano między innymi dla osób, które odebrały sobie życie, zmarły wskutek chorób zakaźnych albo poniosły śmierć w okolicznościach uznawanych za szczególne.

Tablica oddzielająca dwa światy

Ciesielski dotarł do miejsca pochówku samobójców pod koniec długiego spaceru po cmentarzu. Wcześniej oglądał dziesiątki nagrobków. Opisywał kamienne piramidy, kolumny, obeliski, żelazne krzyże, ozdobne urny i kaplice grobowe. Odczytywał nazwiska urzędników, wojskowych, sędziów, lekarzy i członków znanych rodzin.

Wśród pomników znajdował liczne zapewnienia o cnocie, uczciwości i zasługach zmarłych. Niekiedy drażniła go ich przesadna forma. Jeden z francuskich napisów nazwał nawet „bożkiem próżności”.

Dopiero na końcu drogi znalazł tablicę oddzieloną od pozostałych nagrobków. Informowała ona, że za wyznaczoną granicą znajduje się miejsce przeznaczone dla samobójców. Autor zobaczył tam kopce ziemi, ale nie dostrzegł krzyży, pomników ani napisów. Obszar sprawiał wrażenie jednej wielkiej mogiły. Zmarli pochowani po drugiej stronie cmentarnej granicy nie otrzymywali materialnych znaków pamięci, które przysługiwały pozostałym.

Ciesielski nazwał napis na tablicy „szyderstwem drewnianego serca”.

Po jednej stronie sami „cnotliwi”

Najważniejszy fragment jego relacji zbudowany został na kontraście. Po jednej stronie znajdowały się nagrobki pełne pochwał. Według epitafiów spoczywali tam ludzie cnotliwi, szlachetni i najlepsi. Ich rodziny mogły wyrazić żal, ufundować pomnik, opowiedzieć o zasługach i zachować nazwisko zmarłego.

Po drugiej stronie panowała pustka. Nie było słów wyjaśniających, kim byli pochowani, jak żyli, co ich spotkało i kto po nich płakał. Sam sposób urządzenia kwatery przedstawiał ich jako ludzi już osądzonych. Ciesielski dostrzegł w tym głęboką obłudę. Pytał, skąd człowiek bierze prawo do dzielenia zmarłych na przeznaczonych do zbawienia i potępienia. Czy żyjący znają wszystkie tajemnice serca? Czy potrafią naprawdę ocenić winę człowieka, którego do śmierci doprowadziły rozpacz, osamotnienie albo doznane krzywdy?

Autor nie posługiwał się językiem współczesnej psychiatrii. Jego rozumowanie pozostawało religijne. Właśnie na gruncie wiary sprzeciwiał się jednak surowemu sądowi wydawanemu przez ludzi.

„Ty ważysz się sąd jego uprzedzać, ty zuchwałym wyrokiem jednych do prawicy, drugich do lewicy Jego posyłasz”.

Dla Ciesielskiego ostateczny sąd należał do Boga, nie do społeczności stawiającej mur, tablicę i granicę między grobami.

Czy społeczeństwo samo przyczyniło się do tragedii?

Autor poszedł jeszcze dalej. Nie ograniczył się do wezwania do miłosierdzia. Odpowiedzialnością obciążył również ludzi żyjących wokół zmarłego.

Kazał im zajrzeć do nieoznaczonej mogiły i spróbować usłyszeć opowieść o bólu człowieka, którego wcześniej doprowadzono do nędzy i rozpaczy. Pisał:

„Tyś pchnął rękę jego po zbrodnicze narzędzie”.

Było to oskarżenie niezwykle mocne. Ciesielski wskazywał, że społeczeństwo mogło przyczyniać się do tragedii poprzez obojętność, krzywdę, upokorzenie albo pozostawienie człowieka bez pomocy. Później ta sama społeczność potępiała zmarłego i odmawiała mu nawet godnego miejsca spoczynku.

W jego ujęciu człowiek, który odebrał sobie życie, nie występował przede wszystkim jako sprawca wykroczenia przeciwko przyjętemu porządkowi. Był osobą, która „spokoju między nami znaleźć nie mogła”.

Takie spojrzenie nie było jeszcze współczesnym rozpoznaniem kryzysu psychicznego. Było jednak wyraźnym odejściem od bezwzględnego potępienia.

Bez krzyża i bez nazwiska

Wydzielanie osobnych miejsc pochówku powodowało, że ludzie zmarli śmiercią samobójczą znikali także z pamięci następnych pokoleń.

Właściwy cmentarz stawał się archiwum społeczności. Nazwiska wyryte w kamieniu pozwalały odtworzyć dzieje rodzin, zawodów i miejscowych elit. Pomniki informowały o datach życia, urzędach, służbie wojskowej i więziach rodzinnych.

W części pozbawionej nagrobków podobne świadectwa nie powstawały. Nawet gdy rodzina znała miejsce mogiły, po upływie lat ziemny kopiec znikał, a układ kwatery ulegał zmianom. Zmarły pozostawał bezimienny dla kolejnych pokoleń.

Brak nagrobka nie był więc wyłącznie skromniejszą formą pochówku. Oznaczał odebranie prawa do trwałej obecności w pamięci wspólnoty.

Ciesielski zauważył ten mechanizm, gdy przeciwstawił milczące kopce rozbudowanym epitafiom z innych części nekropolii. Jedni zmarli otrzymywali pośmiertną biografię. Po drugich nie miało pozostać nawet nazwisko.

Od kary do ostrożniejszego osądu

W XIX wieku stosunek do samobójstwa stopniowo się zmieniał. Oświeceniowe reformy prawa ograniczały dawne praktyki karania ciała zmarłego, konfiskowania majątku i traktowania samobójstwa wyłącznie jako przestępstwa. W Prusach odejście od represji wobec zmarłych oraz dopuszczanie ich pochówków na cmentarzach wiązało się z postępującym rozdzielaniem prawa świeckiego od religijnego.

Zmiany prawne nie oznaczały jednak natychmiastowego zaniku społecznego napiętnowania. Praktyka wydzielania miejsc przy murze, na obrzeżu nekropolii lub w niepoświęconej części cmentarza utrzymywała się długo także w XX wieku. Ślady takiego zwyczaju pojawiają się w dokumentacji wielu miejscowości.

Również stanowisko Kościoła ewoluowało. Coraz większe znaczenie przypisywano ograniczonej świadomości, zaburzeniom psychicznym oraz okolicznościom, które mogły zmniejszać odpowiedzialność zmarłego. Nie następowała jednak jedna nagła zmiana. Przez długi czas dawne przepisy, lokalne praktyki i społeczne uprzedzenia funkcjonowały obok ostrożniejszego podejścia duszpasterskiego.

Tekst Ciesielskiego powstał właśnie w okresie takiego przejścia. Autor znał tradycyjną ocenę samobójstwa, lecz nie godził się na to, aby wynikające z niej potępienie odbierało zmarłym godność i pamięć.

„Nie przytłacza piersi waszej kamieniem”

Finał relacji nie jest chłodnym opisem obyczaju. Ciesielski zwrócił się bezpośrednio do osób spoczywających w wydzielonej części cmentarza:

„O! śpijcie spokojnie wy, coście spokoju między nami znaleźć nie mogli”.

W braku pomników próbował odnaleźć przewrotną formę sprawiedliwości. Skoro cierpienia przygniatały tych ludzi za życia, po śmierci nie przytłaczał ich przynajmniej ciężki, chełpliwy kamień.

Nie znaczyło to, że pochwalał wykluczenie. Przeciwnie — cały fragment był oskarżeniem świata, który najpierw pozostawiał człowieka samego, a później odmawiał mu współczucia.

Autor pożegnał zmarłych łacińskimi słowami:

„Sit terra vobis levis” — niech wam ziemia lekką będzie.

Było to życzenie, którego nie wyryto na żadnym z ich nagrobków. Ciesielski umieścił je więc w swoim tekście.

Zapomniane groby, zachowane słowa

Nie znamy nazwisk ludzi spoczywających w opisanej przez niego części cmentarza. Właśnie na tym polega trwały skutek dawnego wykluczenia. Brak pomników i inskrypcji sprawił, że zmarli stali się anonimowi.

Pozostała jednak relacja człowieka, który w 1867 roku zatrzymał się przed ich mogiłami i odmówił powtórzenia prostego wyroku wydawanego przez współczesnych. Ciesielski nie zburzył cmentarnego podziału. Nie mógł przywrócić zmarłym nazwisk ani krzyży. Zrobił jednak coś, czego nie uczynili fundatorzy okazałych monumentów: próbował wyobrazić sobie ich cierpienie. Dlatego końcowy fragment „Kartek z Lubelskiego” jest czymś więcej niż świadectwem dawnego sposobu grzebania samobójców. To zapis sporu o prawo do pamięci, współczucia i godności po śmierci.

Na jednym cmentarzu spotkały się dwa sądy. Pierwszy wydali ludzie, wskazując miejsce bez pomników i dobrych słów. Drugi pozostawił autor, który nie próbował rozstrzygać o winie zmarłych.

Prosił jedynie, aby ziemia była im lekka.


Źródła

Źródło podstawowe

W. Ciesielski, „Kartki z Lubelskiego. Katedra i Cmentarz na Rurach w Lublinie”, „Kurjer Lubelski”, 1867, nr 84–98.

Opracowania uzupełniające

  • Z. Janczewski, „Ewolucja przepisów dotyczących pogrzebu kościelnego od Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1917 roku”. W: Prawo kanoniczne, 2000 nr 1-2.

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

lub

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Moje wydanie0