Samosąd obrażonej cnoty niewieściej w Warszawie

Naładowana elektrycznością atmosfera tramwaju warszawskiego z 1935 roku sprzyjała wszelkiego rodzaju wyładowaniom, które czyniły z ludzi warczące i drapieżne stworzenia. Bywało również czasem, że w jakimś pasażerze, ściśniętym między dwiema warszawiankami, budził się kozioł wraz z wszystkimi przywarami łasego na grzeszne myśli satyra. To też panie co ładniejsze czujne były w tramwaju jak żurawie, a w pewnych wypadkach nawet przewrażliwione i słusznie czy niesłusznie dopatrujące się w każdym mężczyźnie lubieżnika.

Smutne w tym względzie doświadczenie przeszedł starszy wywiadowca urzędu śledczego p. Bernard Rober, który miał nieszczęście znaleźć się w tramwaju tuż przy pewnej mężatce, p. Stefanii S. Na domiar złego p. Stefania jechała w towarzystwie swego męża.

P. Stefania poczuła nagle, że ktoś ją uszczypnął z tyłu nie bardzo mocno, ale dostatecznie profanacyjnie. Na razie nic nie mówiła, tylko czekała, co będzie dalej. Doczekała się, gdyż odniosła znów wrażenie, że ktoś ją bierze za swoją żonę. Nie wiele myśląc, p. Stefania obraca się i wymierza policzek stojącemu za nią mężczyźnie, jak się następnie okazało wywiadowcy Roberowi. Krzyknęła przy tym: „jak pan śmie!”, co było dostatecznym objaśnieniem dla znajdującego się opodal małżonka, który przyłożył niezwłocznie rękę do spoliczkowania wywiadowcy.

Wezwano policjanta, spisano protokół, gdzie z całą drobiazgowością p. Stefania odtworzyła szczegóły dokonanego na jej wdziękach zamachu. Nie skończyło się na tym. P. Stefania wystąpiła do sądu przeciw p. Roberowi, oskarżając go o obrazę. Taki jest bowiem już uzus prawniczy, że każde nieprzystojne zachowanie się mężczyzny wobec kobiety stanowi w stosunku do niej obrazę.

Sprawa znalazła się wreszcie na wokandzie sądu grodzkiego i przyjęła bardzo oryginalną formę. W jaki sposób nieszczęsny i niepoczuwający się do żadnej winy wywiadowca miał udowodnić, że nie zrobił tego, co mu zarzucano? Poradził sobie jednak. Powołał w charakterze świadków dowodowych siedem najpiękniejszych koleżanek z urzędu śledczego, które murem stanęły za jego żelazną cnotą.

Przed sądem przedefilowały urzędniczki, z których każda uważała się na pewno za bardziej godną uwagi niż p. Stefania S. i każda z nich podkreślała bardzo przyzwoity i taktowny sposób zachowania się p. Robera w stosunku do kobiet, choćby bardzo blisko się znajdowały.

Na terenie biura i urzędu p. Rober słynął jako stateczny żonkoś, który świata nie widział poza swą prawowitą małżonką i reprezentował cnotę nie do skruszenia. Obrońca oskarżonego, adw. Gelernter, podniósł w swej mowie fakt, iż nieraz w tramwaju bywają ruchy i odruchy, które sąsiad czuje za sobą, ale ich nie składa na karb cudzych złych myśli, bo sam robi to samo, łapiąc równowagę czy też siląc się na wydobycie portmonetki.

Sąd uznał słuszność tego stanowiska i p. Robera uniewinnił, zapisując całe zajście na rachunek przewrażliwienia pasażerek zbyt pochopnie dopatrujących się w spokojnych ludziach niebezpiecznych erotomanów.

Źródło:

Express Lubelski i Wołyński, 1935, nr 40

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy