W historii I wojny światowej rok 1915 zapisał się jako czas odwrotu wojsk rosyjskich. Dla mieszkańców Lubelszczyzny nie były to jednak tylko przesunięcia na mapach sztabowych, ale dni wypełnione hukiem szrapneli, dymem płonących dworów i widokiem pól usłanych ciałami żołnierzy wielu armii.
Poniższa relacja Antoniny Piaseckiej to wstrząsający zapis jednej nocy i poranka, podczas których grupa cywilów musiała opuścić bezpieczne dotąd mury majątku w Popkowicach. Autorka z niezwykłą precyzją oddaje kontrast między „cudowną pogodą” a makabrą pobojowiska, przez które przedzierają się kobiety i starsi ludzie. To także cenny zapis zniszczenia historycznych siedzib szlacheckich, takich jak Ostrów czy Wilkołaz, które na zawsze zniknęły z krajobrazu regionu.

Relacja Antoniny Piaseckiej
Wieczorem przenieśliśmy się do drugiej piwnicy, więcej w głębi, gdyż ta stawała się już niebezpieczną. Strzały nie ustawały, bitwa wrzała w całej grozie, nas ogarnęło jakieś uczucie niepokoju, wyczekiwania. Naraz po północy dostajemy rozkaz od pułkownika, żebyśmy wszyscy opuścili piwnicę w tej chwili. Daje nam trzy podwody, które czekają za ogrodem, żołnierza konwojującego i każe nam się udać do sztabu, odległego o 6 wiorst. Było to z wtorku d. 6 lipca na środę o g. 1 i pół w nocy.
Wychodzimy z piwnicy, każdy bierze w rękę co może unieść, resztę rzeczy zostawiając na opiece Opatrzności. Towarzyszy nam czterech jeńców austriackich. Na dworze ciemność nocy mięszała się już ze świtem, pogoda była cudowna, lekki wiaterek pociągał od wschodu. Wydostajemy się na świeże powietrze do ogrodu, z ogromnem uczuciem ulgi, żeśmy się uwolnili z tego piwnicznego grobu. W ogrodzie kałuże krwi, jęki rannych, trupy zabitych, naokoło świst kul.
Żołnierz konwojujący nagli do pośpiechu. Idziemy jak można najprędzej, przychodzimy na gumno, ten sam widok, trupy, ranni, kałuże krwi. Przekradamy się pod murami opustoszałych budynków na miejsce gdzie miały być podwody, koni ani śladu. Kto je wziął dowiedzieć się nie można, czekać nie można, musimy te 6 wiorst iść piechotą. Dwóch jeńców bierze ciotkę pod rękę, inne panie idą jak mogą, ja idę z żołnierzem konwojującym na przedzie, i tak maszerujemy do owego sztabu.
Z tyłu i z prawej strony ścigają nas kule karabinowe, nad głową przelatują szrapnele, w stronie wsi i kościoła pali się kilka budynków. Idziemy wciąż, nie zwracając uwagi, czy kto ma siły i zdrowe nogi, bo zatrzymywać się nie pozwalają kule. Żołnierz każe nam iść przy zbożu i przy usłyszanym, znanym świście pochylać się jak najniżej. Po drodze znów trupy ludzi i koni. Z daleka widzę stodółkę murowaną, z której został tylko dach i słupy. W głębi widać dwie postacie żołnierzy niemieckich, siedzących z bronią w ręku. Dziwi mnie ta ich pozycja, podchodzimy — trupy, zabite w chwili, gdy się gotowali do strzału.
Podchodzimy do folwarku zupełnie opustoszałego i tu nareszcie możemy odpocząć. Siadamy więc pod drzewem ale nie na długo, bo żołnierz nagli. Idziemy dalej przez pola, przez ścieżki wydeptane w zbożu, nieraz z pomiędzy skotłowanego zboża wyłaniała się postać żołnierza, leżącego na czatach. I tak doszliśmy o g. 6 rano do sztabu. Sztab zajmował we wsi Majdan Leszczyna chatę jakiegoś gospodarza. Żołnierz który nas konwojował, zostawił nas na podwórzu, a sam wrócił.
Pułkownik sztabowy w chwili, gdyśmy przyszli, był tak zajęty telefonowaniem, że rozmówić się z nim nie można było. Siadłyśmy więc na ławie i czekamy. Zbliżył się do ciotki jakiś kmiotek i, witając się, z żalem mówił: „To jaśnie pani z Popkowic i tak na piechotę, tyli kawał, o la Boga, na co to jaśnie pani przyszło”. Potem zaczął się rozczulać nad nieboszczykiem panem z Popkowic, jaki to był dobry i sprawiedliwy pan.
Zagadnęłyśmy go o konie, czy nie mógłby nas odwieźć, naturalnie za zapłatą, do leżącego o 2 wiorsty Radlina. Chłopina zaczął stękać, że niema tutaj koni, bo ukrywa je w lesie. W tej chwili pułkownik przestał telefonować, zbliżyłam się do niego z prośbą, czy nie mógłby nas dostawić do Radlina. Pułkownik, człowiek ludzki, zobaczywszy same niedołęgi, kazał w tej chwili zaprządz do wasąga temu samemu wieśniakowi i odwieźć nas. Konie jak się okazało, wcale nie były w lesie tylko obok, w szopie, więc rad nierad musiał je wyprowadzić i jechać z nami.
Do Radlina przybyłyśmy o 8-ej rano. Cały dom zajęty był przez szpital. Stamtąd już bez żadnych przygód przybyłyśmy do Lublina. W dwa dni po nas przyjechał proboszcz popkowski, któremu także kazano opuścić plebanię i piechotą człowiek blisko 80 letni, przeszedł 2 mile. Po naszem wyjściu wojska podobno w tej chwili rzuciło się do wina i wypiwszy je, rozpoczęło rabunek.
Bitwa pod Popkowicami, która w historii nie wiem, jakie będzie nosić miano, trwała dni dwanaście, zniszczyła prawie doszczętnie sąsiednie majątki jako to: Ostrów, Skorczyce, Wilkołaz, miasteczko Urzędów. Największemu zniszczeniu uległ Ostrów, spalony bowiem został dom i wszystkie zabudowania. Nie mówiąc już o stratach materialnych ze spalenia Ostrowa nasze zabytki krajowe poniosły dużą stratę, gdyż dwór w Ostrowie był to jeden z tych starych charakterystycznych dworów szlacheckich, pełnych tragedii kilku pokoleń.
Źródło: Ziemia Lubelska, 1916, R. 11, nr 247

Dodaj komentarz