Relacja uciekiniera z Sobiboru

Wspomnienie zapisane w 43 numerze Gazety Lubelskiej z 20 września 1944 roku. Przytaczamy całą treść archiwalnego artykułu.

Do redakcji naszego pisma zgłosił się uciekinier z kaźni w Sobiborze. Jest to jeszcze jeden z nielicznych świadków niekończącego się łańcucha zbrodni hitlerowskich – widmo żywego człowieka, który grozą zmartwiałej, bezkrwistej twarzy i oczyma zastygłymi bólem rozpala nasze serca gniewem i pragnieniem zemsty.

Józef Duniec, inżynier chemik, przed wojną zamieszkały we Francji, uciekinier z Sobiboru, opowiada:

„Sobibór – pośpieszna fabryka śmierci – istniał od roku 1942. Była to przede wszystkim masowa mordownia Żydów z Austrii, Niemiec, Polski, Holandii i Francji.

Dostałem się tam tak jak tysiące innych nieszczęśliwców. Po wkroczeniu Niemców do Francji zaczęła się regularna wojna z ludnością cywilną, a przede wszystkim z Żydami. Wywożono nas na tak zwane „roboty do Niemiec”. Kto mógł – ukrywał się. W tych strasznych chwilach Francuzi okazywali nam braterskie współczucie. Protestowali przeciwko zbrodniom hitlerowskich katów i solidaryzując się z nami zakładali narzucone przez okupanta odznaki.

Wyjście było jedno: obóz koncentracyjny.

W ręce gestapo dostałem się podczas jednej z obław. Powiedziano nam, że jedziemy na Ukrainę. Podczas podróży obchodzono się z nami bardzo dobrze. Droga nasza trwała cztery dni. Nie wiedzieliśmy, że była to „podróż do kresu nocy”, że były to niemal dla wszystkich ostatnie dni i godziny.

Przywieźli nas na stacyjkę wśród lasu. Przed sobą ujrzeliśmy światła obozu i baraki.

Trwoga w nas była jeszcze uśpiona. Transport nasz składał się z tysiąca ludzi, w tym dzieci i kobiet. Odebrano nam rzeczy, rozebrano do naga do kąpieli; kazano wystąpić tym, którzy znają język niemiecki. Wystąpiłem i ja. Nie wiedziałem, że wyciągnąłem los na przeżycie. Takich jak ja było trzydziestu.

Pozostałych wprowadzono na inne pole. Nie zobaczyliśmy już nigdy nikogo z nich.

Proces mordowania był krótki i prosty. Wyduszono ich wszystkich w komorze gazowej, a potem jeszcze półżywych spalono w piecu. Te masowe egzekucje odbywały się w tak zwanym „obozie śmierci”. Do tego obozu nikt z nas nie miał dostępu. Pracowali tam tylko ci potępieńcy, którzy wydobywali zwłoki z komory i wrzucali je do pieca. Niejeden taki nieszczęśnik grzebał w ten sposób zwłoki swych bliskich.

Pracowałem w „obozie 2” (sortownia i odbiór rzeczy od przywożonych ofiar).”

W obozie 3 pracowali szewcy, krawcy oraz ci, którzy budowali baraki. Dozwolone maksimum więźniów, zatrzymanych przy życiu w tym piekle, wynosiło 500 ludzi na wszystkich trzech „polach”.

Każdego dnia przychodziły transporty – najmniej po 3000 ludzi. Mordowano ich masowo. Z Francji do Sobiboru przywieziono 12 000 osób. Reszta Żydów – razem około 100 000 – poszła do innych obozów.

Z Holandii przychodził regularnie transport co tydzień, we czwartek, po 3000 ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci. Z samej Holandii w ciągu ośmiu miesięcy mojej katorgi w Sobiborze przywieziono 100 000 ludzi. Przyjeżdżali oni wszyscy w pulmanowskich wagonach, z eleganckimi bagażami.

Z transportów Żydów z Niemiec i Austrii nikt nie pozostał. Za moich czasów transporty te już ustały. Wiem tylko, że wobec tych nieszczęśliwców wykazali Niemcy ohydną perfidię i cynizm. Na przywitanie jeden z SS-owców wygłaszał do nich przemowę, zapowiadając, że będą pracować dla dobra narodu niemieckiego i że zapewni się im dobre warunki egzystencji.

Nieszczęśliwcy ci, nie rozumiejąc okrutnej komedii, oklaskiwali przemowę swego oprawcy, nie wiedząc, że za chwilę zaprowadzi ich on na straszliwą śmierć.

A przecież jak błogosławioną była ta nieświadomość skazańców. Oszczędzała im chwile potwornego strachu, jaki przeżywali wszyscy przywożeni z terenów Polski.

Prócz transportów zagranicznych przychodziły codziennie transporty z Polski, obejmujące tysiące ludzi. Dla zapobieżenia ucieczce przywożono ich nago. Niewielu z nich dojechało żywych na miejsce kaźni. Na miejscu dręczono ich szczególnie. Krzyki mordowanych były nieludzkie. Kobiety, które broniły się hitlerowskim zbirom, rzucano żywcem do pieca.

W sierpniu 1943 r., w przeciągu trzech dni, przywieziono 15 000 Żydów z Mińska – 9 000 kobiet i 6 000 mężczyzn, przeważnie jeńców sowieckich. Z 15 000 ludzi wybrano do pracy tylko 40 jeńców sowieckich, z których nazajutrz rozstrzelano jeszcze 20.

Że nas głodzono i katowano, o tym nie ma potrzeby opowiadać. Ginęliśmy. Tak „pracowali” Niemcy w tej potwornej fabryce śmierci. Potwór pochłaniał ludzkie istnienia i nigdy nie był nasycony.

W dniach, kiedy nie było transportu, urządzano zabawy z nami. Służyliśmy jako żywy cel bestiom, które nie mogły przeżyć dnia, nie nasyciwszy oczu krwią i męką ludzką. Widzieliśmy też spektakl urządzony na cześć przyjazdu Himmlera. Dnia tego nie było pociągu ze skazańcami. Sprowadzono więc z innego lagru 500 kobiet po to, aby pan Himmler przy okienku komory gazowej mógł osobiście sprawdzić, jak precyzyjnie działa machina niemieckiego mordu.

W styczniu 1943 r. Niemcy obchodzili „jubileusz” miliona pomordowanych ofiar w Sobiborze. Dzień ten był świętowany uroczyście.

Przy końcu października 1943 r. transporty ustały. Rzeczy po wymordowanych zaczęto wywozić do Niemiec. Wiedzieliśmy, że jako niepotrzebni zostaniemy lada dzień zlikwidowani. I wtedy w naszych niemal obłąkanych głowach zrodził się plan ucieczki. Do stracenia nie mieliśmy nic. Ucieczka była wyczynem szaleńców, wywołanym aktem rozpaczy. Zżyliśmy się z myślą o śmierci, jednak pragnienie życia było w nas silniejsze.

Przywódców ucieczki było pięciu, wtajemniczonych w plan czterdziestu, reszta wiedziała tylko, że „coś się szykuje”.

Akcja miała być przeprowadzona na dwóch polach. Do trzeciego pola, tego najstraszliwszego „pola śmierci”, nie mieliśmy dostępu i nie wiedzieliśmy, czy jeszcze ktoś tam żyje. Termin ucieczki wyznaczyliśmy między czwartkiem a niedzielą. Wiedzieliśmy, że trzeba działać jak najszybciej. Każdy dzień mógł stanowić o życiu tych 600, którzy jeszcze istnieli. Z całą precyzją ułożyliśmy plan, którego inicjatorami byli jeńcy sowieccy, i czekaliśmy.

Nadszedł wreszcie taki dzień – dzień zemsty i ocalenia. Tego dnia na obydwu polach zostało tylko dziewięciu Niemców, na warcie zaś i w barakach 150 Ukraińców. Reszta wyjechała do Lublina.

O godzinie czwartej przed apelem wieczornym daliśmy hasło do czynu. Cicho, bez jednego strzału i krzyku, zatłukł każdy z nas jednego ze swych oprawców. Pola były oczyszczone – zostaliśmy sami. Przed sobą mieliśmy tylko walkę z Ukraińcami. Z otwartych magazynów niemieckich wydostaliśmy broń, rozbiliśmy samochody, uszkodziliśmy radio i telefony. Kilkunastu z nas, w mundurach straży ukraińskiej, przedostało się do wart i baraków.

Straż nie zorientowała się zrazu w sytuacji i zaczęła się bronić dopiero po pierwszych strzałach.

Wiedzieliśmy, że ci, którzy stanęli do walki ostatecznej z wartownikami, osłonią nam ucieczkę i poświęcą swe życie. Do przezwyciężenia mieliśmy trzy zasieki z drutów kolczastych, rowy z wodą i miny. Jak przedostaliśmy się przez to – nie zdaję sobie już dzisiaj sprawy.

Przed nami był las i wolność, za nami piekło mąk i cierpień nadludzkich, krew i łzy pomordowanych sióstr i braci. Prowadziła nas rozpacz straceńców i wiara w bliskie zwycięstwo Armii Czerwonej.

Z 600 uszło 250, reszta zginęła w walce. Los rozdzielił nas po lasach, lochach i norach. Jak zwierzęta tropione od kryjówki do kryjówki wlekliśmy za sobą nasze koszmarne życie.

Mnie sprzyjało szczęście. W wędrówce swej trafiłem do gospodarza, który przez dziewięć miesięcy ukrywał mnie. Nikt mnie nie widział i nikt nie słyszał o mnie. Odnosili się do mnie jak do rodzonego syna, osłaniali przed każdym niebezpieczeństwem, narażając przecież za ukrywanie zbiega swe własne życie. Nie powstrzymał ich strach – otworzyli przede mną drzwi swego domostwa i swe wielkie serce prostego człowieka.

Chłopie polski! Wyciągnąłeś do mnie swą mocną, spracowaną dłoń. Poprzez przebyte zło, tortury i bestialstwo szatana przywróciłeś mi wiarę w człowieka” – kończy koszmarną opowieść inż. Duniec.

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy