Wiosną 1875 roku okolice Żółkiewki przeżyły kilka dramatycznych wydarzeń, które na długo zapisały się w pamięci mieszkańców. Lokalna korespondencja prasowa z maja tego roku opisywała dwa szczególnie tragiczne wypadki: wielki pożar na folwarku Rudnik Wyższy oraz śmierć młodego chłopca w młynie w Gorzkowie.

Nocny pożar na folwarku Rudnik
W nocy z 30 kwietnia, około godziny jedenastej przed północą, nad okolicą pojawiła się jasna łuna. Ogień objął zabudowania folwarku Rudnik Wyższy, należącego do właściciela nazwiskiem Józefowicz.
Zanim mieszkańcy folwarku i okolicznych wsi, wyrwani ze snu, zdążyli przybiec z pomocą, płomienie – podsycane silnym wiatrem – ogarnęły już wszystkie budynki. W krótkim czasie spłonęły trzy stodoły oraz owczarnia. Ratunek był niemożliwy.
W ciągu niespełna godziny ogień strawił cały majątek gospodarczy. W płomieniach zginęły ogromne zapasy paszy: około siedemdziesiąt kop słomy i dziesięć fur siana. Ogień pochłonął także zwierzęta gospodarskie – trzysta owiec, pięć wołów roboczych oraz trzy krowy.
Straty były ogromne, tym bardziej że budynki nie były ubezpieczone od ognia. Spłonął również nawóz zgromadzony w owczarni, co dla gospodarstwa rolnego oznaczało poważny uszczerbek na kilka kolejnych lat.
Sprawczyni podpalenia
Już kilka godzin po ugaszeniu pożaru ustalono, że nie był to wypadek. Sprawczynią okazała się służąca z tego samego folwarku – Agnieszka Musiel. Jak zeznano podczas śledztwa, trzy dni wcześniej próbowała ona namówić inną służącą, Katarzynę Suchodolską, aby razem podpaliły budynki gospodarcze i uciekły z folwarku w poszukiwaniu lepszej służby. Katarzyna stanowczo odmówiła, nie przypuszczając nawet, że jej towarzyszka potraktuje tę propozycję poważnie. W piątkową noc Agnieszka Musiel dokonała jednak podpalenia samodzielnie. Podczas przesłuchania w urzędzie gminnym przyznała, że w dwóch miejscach podłożyła ogień do słomy, którą owczarnia była ocieplona na zimę. Do wzniecenia pożaru użyła rozżarzonych węgli zawiniętych w kawałki starego płótna. Nie potrafiła podać żadnego poważnego powodu swojego czynu, a podczas przesłuchania nie okazała nawet skruchy. Została natychmiast oddana w ręce wymiaru sprawiedliwości.
Drzewa, które uratowały spichlerz
Po obejrzeniu pogorzeliska zwrócono uwagę na ciekawy szczegół. Zaledwie kilka łokci od spalonych budynków znajdował się spichlerz kryty słomą, w którym przechowywano znaczne zapasy zboża przeznaczone na wiosenny zasiew.
Między nim a miejscem pożaru rosła duża topola oraz drugie rozrośnięte drzewo. To właśnie one powstrzymały rozprzestrzenianie się ognia. Choć pień topoli od strony płomieni zwęglił się na pół cala, drzewo zatrzymało żar i ocaliło spichlerz przed spaleniem.
Tragiczny wypadek w młynie w Gorzkowie
Zaledwie kilka dni później w okolicy wydarzyła się kolejna tragedia. W osadzie Gorzków, w młynie wodnym, zginął szesnastoletni chłopak pracujący jako pomocnik młynarski. Mimo wyraźnego zakazu młynarza poszedł nocą smarować mechanizmy młyna – koła i tryby. Pracował po ciemku. W pewnym momencie został pochwycony przez obracające się koło młyńskie. Śmierć nastąpiła na miejscu, po krótkich, lecz straszliwych męczarniach. W tym przypadku przyczyną tragedii była lekkomyślność i nieuwaga.
Źródło:
Kurjer Lubelski 1875, R. 10, nr 28

Dodaj komentarz