Motwica w szponach „czerwonego kura”

Dramatyczna sytuacja rozegrała się w 1929 roku w powiecie włodawskim. Mieszkańcy z ogromnym wysiłkiem dopiero co odbudowywali swoje domy i gospodarstwa. Tymczasem kolejne pożary niweczyły ich pracę w ciągu jednej nocy.

Najbardziej wstrząsający przykład stanowiła wieś Motwica. Ogień strawił tam aż 52 nieruchomości, a 40 rodzin zostało bez dachu nad głową. W jednej chwili ludzie tracili wszystko – domy, zapasy, dobytek gromadzony przez lata. Pogorzelcy zmuszeni byli do życia w skrajnie trudnych warunkach, często po kilka rodzin w jednym ocalałym budynku.

Nie był to jednak odosobniony przypadek. W krótkim czasie w całym powiecie włodawskim spłonęło łącznie 69 nieruchomości. Skala zniszczeń pokazuje, jak łatwo ogień rozprzestrzeniał się w ówczesnej zabudowie wiejskiej – zwartej, drewnianej i krytej słomą.

Na miejsce tragedii szybko przybyły władze powiatowe. Starosta Ćwikliński oraz inspektor ubezpieczeń Chmielewski rozpoczęli organizowanie pomocy dla pogorzelców jeszcze zanim zgliszcza całkowicie wygasły. Ich działania nie ograniczały się jednak tylko do doraźnego wsparcia.

Podjęto próbę rozwiązania problemu u źródła. W pobliżu cegielni uruchomiono dwie dachówczarnie, czyli miejsca produkcji dachówek. Celem było wprowadzenie bardziej ognioodpornych materiałów budowlanych. Pogorzelców informowano także o możliwości zaciągania pożyczek na pokrycia dachowe wykonane z materiałów ogniotrwałych.

I to właśnie zmiana technologii budowy zaczęła być postrzegana jako klucz do ograniczenia tragedii. Dotychczas dominujące pokrycia słomiane były tanie, ale niezwykle łatwopalne. Tymczasem dachówki cementowe czy ceramiczne nie tylko lepiej chroniły przed ogniem, ale – co podkreślano w ówczesnej prasie – nie były wcale droższe, a przy tym znacznie trwalsze.

Symbolicznym dowodem skuteczności takich rozwiązań stała się sytuacja we wsi Wola Niemiecka. Podczas jednego z pożarów, który objął znaczną część zabudowy, ocalał dom pokryty materiałem ogniotrwałym. W morzu ognia pozostał on niemal nienaruszony – stając się dla mieszkańców wymowną lekcją.

Artykuł, na którym opiera się ta historia, miał wyraźnie edukacyjny charakter. Był nie tylko relacją z tragedii, ale też apelem. Władze i rady gminne wzywano do tego, by nowe budynki powstawały już z dachami ogniotrwałymi. W przeciwnym razie – jak sugerowano – „czerwony kur” nadal będzie zbierał swoje żniwo.

Dziś te wydarzenia są ważnym przypomnieniem, jak wyglądało życie na lubelskiej wsi jeszcze sto lat temu. Pożar nie był wówczas tylko lokalnym incydentem – był realnym zagrożeniem egzystencjalnym, które w jednej chwili mogło zniszczyć dorobek całego życia.

Źródło:

Ziemia Lubelska 1929, R. 25, nr 179

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze wpisy