Pewnej nocy w roku 1890 roku przy ulicy Śliskiej w Warszawie wybuchł pożar. Ogień pojawił się w jednej z oficyn domu nr 49, należącego do M. Piaskowskiego. Sam pożar nie był w tej części miasta zjawiskiem wyjątkowym – drewniane zabudowania, ciasne podwórza i poddasza pełne sublokatorów sprzyjały podobnym wypadkom. Tym razem jednak ogień odsłonił rzeczywistość, która na długo wstrząsnęła opinią publiczną.
Podczas akcji ratunkowej, gdy mieszkańcy w pośpiechu wynosili dobytek, jeden z nich natknął się na coś, co początkowo wziął za ciało zwierzęcia. Dopiero światło pochodni ujawniło, że był to trup dziecka. Wkrótce odnaleziono kolejne. Odkrycie to zmieniło zwykły pożar oficyny w jedną z najgłośniejszych spraw kryminalnych epoki.

Oficyny i poddasza Warszawy
Ulica Śliska leżała w gęsto zabudowanej części miasta, w pobliżu Marszałkowskiej, pomiędzy ulicami Wielką i Twardą. Zabudowę stanowiły kamienice frontowe oraz oficyny – często drewniane, ciasne, pozbawione elementarnych warunków sanitarnych. W takich miejscach koncentrowało się życie najuboższych mieszkańców stolicy: robotników, służby, drobnych rzemieślników, ludzi pozbawionych stałego zajęcia.
Na poddaszu jednej z oficyn znajdowała się niska izba o powierzchni zaledwie kilku łokci kwadratowych. To właśnie tam mieszkała Maria (Marjanna) Skublińska, 42-letnia wdowa, utrzymująca się z tzw. pokątnej akuszerii. Nie była sama. W tej samej przestrzeni przebywali członkowie jej rodziny oraz sublokatorzy: córka Zuzanna Kubek, siostra Agnieszka Zdanowska, znajoma Rozalia Mazgalska, 12-letni syn Szczepan, młody osiemnastoletni mężczyzna nazwiskiem Wiata oraz inne osoby.
„Pokątna akuszerja” i proceder „na garnuszek”
Skublińska przyjmowała do siebie niemowlęta oddawane przez kobiety, które – z powodu nędzy, wstydu lub braku możliwości – nie były w stanie ich wychować. Praktyka ta, znana pod potocznym określeniem „na garnuszek”, polegała na przyjmowaniu dzieci za z góry opłacaną kwotę, z deklaracją opieki i wykarmienia.
Zgodnie z relacjami prasowymi, Skublińska miała obowiązek oddawać dzieci do szpitala lub – po wykarmieniu – zwracać je matkom. Śledztwo wykazało jednak, że w rzeczywistości dochodziło do systematycznego uśmiercania niemowląt, głównie poprzez głodzenie lub zadawanie obrażeń. Ciała ofiar były potajemnie grzebane na cmentarzu na podstawie sfałszowanych świadectw, wrzucane do Wisły, zakopywane w komórkach posesji lub przechowywane w samej izbie.
Według ustaleń śledczych proceder ten nie był dziełem jednej osoby. W jego ukrywaniu i umożliwianiu mieli brać udział współpracownicy, osoby o niejasnym statusie społecznym i zajęciach, korzystające z anonimowości miejskiej nędzy.



Pożar jako moment ujawnienia
Kluczowym elementem całej sprawy był pożar. To nie rutynowa kontrola, nie działanie instytucji opiekuńczych ani sygnał ze strony sąsiadów doprowadziły do odkrycia zbrodni, lecz przypadkowy wybuch ognia. Ogień odsłonił „norę” na poddaszu, a jednocześnie ją zniszczył – reporterzy, którzy przybyli na miejsce nazajutrz, zastali już jedynie zwęglone szczątki i czerniejący komin.
Pożar spełnił więc podwójną rolę: ujawnił skalę zbrodni, ale też pozbawił śledztwo części materialnych śladów. Stał się symbolem przypadkowej sprawiedliwości, która pojawia się dopiero wtedy, gdy tragedia nie może już pozostać ukryta.
Reakcja miasta i głos prasy
Sprawa natychmiast przyciągnęła tłumy gapiów oraz liczne redakcje. Dziennikarze opisywali zarówno odkryte fakty, jak i atmosferę panującą na podwórzu przy Śliskiej: ciekawość, obojętność, brak głębszej refleksji nad losem ofiar. Jednocześnie w prasie pojawiły się głosy domagające się nie tylko ukarania winnych, lecz także zmian systemowych.
Przywoływano wypowiedzi Bolesława Prusa, który pytał retorycznie, czy wielkie miasto może pozostać głuche na płacz niemowląt. Wskazywano na potrzebę utworzenia publicznych instytucji opieki nad porzuconymi dziećmi – tzw. „publicznego hygienicznego garnuszka” – finansowanych ze składek społecznych i nadzorowanych przez władze.
Źródło:

Dodaj komentarz