Strona główna » Duchy w Belwederze – Marszałek Piłsudski o sobie po śmierci

Duchy w Belwederze – Marszałek Piłsudski o sobie po śmierci

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

Centralny organ Federacji P. Z. O. O. p. n. „Naród i Wojsko” już w czwartym z rzędu numerze prowadzi stałą rubrykę pt. „Gdy miałem szczęście rozmawiać z Komendantem”, zamieszczając w niej wspomnienia osób, które dawniej stały blisko Wielkiego Marszałka.

Celem tej chwalebnej inicjatywy publicystycznej jest wydobycie z ludzkiej pamięci fragmentów znamiennych, które w ten sposób ratuje się od zapomnienia i przekazuje potomności jako przyczynek do charakterystyki Wodza Narodu.

W najświeższym numerze „Narodu i Wojska” rubrykę tę zapełnia znana w sferach niepodległościowych działaczka, była kurierka Pierwszej Brygady, p. Zofja Zawiszanka. W jej wspomnieniach znajdujemy interesujący fragment rozmowy z Marszałkiem Józefem Piłsudskim, odbytej podczas Zjazdu Legionowego we Lwowie w roku 1923.

Gdy rozmowa ta, w której uczestniczyły dwie znakomite artystki dramatyczne pp. Solska i Wysocka, a także gen. Wieniawa-Długoszowski, zeszła na temat spirytyzmu, Marszałek rzekł (cytujemy ze wspomnień Zawiszanki, spisanych tydzień po zjeździe, za świeżej pamięci):

A Belweder! Gdybyście państwo wiedzieli, co się działo w Belwederze!… To ja przez całe cztery lata nigdy tam światła nie gasiłem — sypiałem przy lampie.

Dlaczego? cóż się tam działo? — zawołałam.

Stale, co wieczora, gdym się położył, słyszałem wyraźnie kroki dokoła mego łóżka, ku oknu i z powrotem. Potem zaczynało się stukanie w szklane naczynie z owocami, w klosz lampki elektrycznej… Jednem słowem cała serja dźwięków niemożliwych do wytłumaczenia. Jednego się zawsze obawiałem: żeby to „coś” mnie nie dotknęło — dlatego paliłem światło.

Tuż za sypialnią boczne schodki prowadziły na strych; otóż tam stale, nocami, odbywały się jakieś niesłychane szamotania, kroki wielu ludzi, jakby przesuwanie ciężkich mebli… Byłem pewien, że to służba jakieś spóźnione czynności spełnia. Dopiero po opuszczeniu Belwederu dowiedziałem się, że służba nigdy nie używała ani tych schodów (bo miała inne, dogodniejsze), ani tej części strychu…

Później, już w Sztabie, podobne zjawiska powtarzały się i to tak, że już nie tylko ja sam je słyszałem. Raz, w czasie mej nieobecności, szwagier i siostra — każde osobno i nie wiedząc o drugiem — uciekli z mojego pokoju, słysząc niespodziewane kroki, a wchodząc ze światłem kilka sekund potem, nie zastali nikogo!

Czemże to wyjaśnić? — zapytał ktoś z zebranych.

Ja sobie tak tłumaczę, że to musi być jakaś materializacja moich sił duchowych czy nerwowych… a to dlatego, że owe zjawiska zawsze się potęgowały wtedy, gdy byłem zirytowany.

Widząc duże wrażenie na wszystkich twarzach, Komendant próbował żartować:

No poczekajcie, kiedy ja umrę…

Wysocka drgnęła, wyciągając obie ręce ślicznym, trwożnym ruchem, jakby Go chciała w locie zatrzymać — ja wstrząsnęłam się także, lecz mniej widocznie —

kiedy umrę, dopiero dziwy będą się działy!.. Kroki, głośniejsze niż dotąd, rozlegną się w Belwederze — a kiedy wpadną ci może, którym dziś moja osoba nie daje spać spokojnie — ujrzą mnie tam, w dawnym moim pokoju, opartego o biurko, z namarszczoną brwią… Nawet po śmierci spokoju im nie dam!

Komendant śmiał się głośno, lecz jakoś inaczej niż przedtem.

Nagle Wieniawa obszedł stół dokoła i zaczął mi szeptać do ucha:

Proszę pani, jest już po pół do czwartej — a Komendant ma jeszcze korektę mowy, która musi być dzisiaj drukowana. Niechże pani nie pobudza Go więcej do gadania!

Ja?! czemuż pan się nie zwraca do Jego sąsiadek?

Czy pani nie widzi, jakie one zmęczone? Pewnie marzą o spaniu, a pani ciągle jakieś słówko rzuca i to przedłuża rozmowę. A mnie o Niego chodzi!…

Dobrze, dobrze, już nie będę.

Po chwili powstaliśmy już od stołu. Komendant każdemu podał rękę — i dziwnie prędko znikali wszyscy, jak widma.


W latach 20. XX wieku spirytyzm, teozofia i zainteresowanie zjawiskami „psychicznymi” były w środowiskach inteligenckich i artystycznych zjawiskiem powszechnym. Rozmowy o „materializacji sił duchowych” czy „zjawiskach niewytłumaczalnych” nie należały do rzadkości i często pełniły funkcję metaforycznego opisu napięcia nerwowego, przemęczenia lub atmosfery miejsca.

W przypadku Józefa Piłsudskiego warto zwrócić uwagę, że sam opowiada o tych wydarzeniach z wyraźnym dystansem i ironią, a kulminacyjna wizja „powrotu po śmierci” ma charakter niemal teatralny. Jest to raczej autoportret psychologiczny Komendanta — człowieka świadomego swojej roli, legendy i lęku, jaki wzbudzał — niż zapowiedź wiary w życie pozagrobowe.

Teksty takie współtworzyły mit Piłsudskiego jako postaci niejednoznacznej, wymykającej się prostym kategoriom: racjonalnej, a zarazem symbolicznej; realnej i legendarnej jednocześnie. Dla współczesnego czytelnika stanowią cenne źródło do zrozumienia, jak Marszałka widziano i jak o nim mówiono jeszcze za jego życia — oraz jak rodziła się opowieść, która długo po jego śmierci funkcjonowała w zbiorowej wyobraźni.

Źródło:

Express Lubelski i Wołyński, 1935, nr 196

W tym miesiącu wspierają Nas:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ostatnie wpisy

Nasze portale