W Warszawie, na Solcu pod numerem 36 (dziś ulica Solec 36a), wyrósł w 1897 roku budynek, którego nie sposób pominąć, mówiąc o kulturze i życiu społecznym końca XIX wieku. Nie jest to jedynie nowy dom — to widomy znak chrześcijańskiej dobroczynności, poświęcony w dniu 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, przez biskupa Kazimierza Ruszkiewicza.
Powstały z inicjatywy skromnej Szarytki, Siostry Anny, Przytułek św. Franciszka Salezego już od pierwszych dni funkcjonowania stał się schronieniem dla najuboższych spośród ubogich: ludzi niedołężnych, starych, kalekich — tych, których największą tragedią jest to, że nie mogą pracować, a więc zaspokoić podstawowego ludzkiego obowiązku i zapewnić sobie bytu.
Dom dla najbardziej opuszczonych
Pierwotnie na miejscu dzisiejszego gmachu stał pusty plac. Dziś wznosi się tam okazały, dwupiętrowy dom o starannie zaplanowanych, higienicznych wnętrzach, mogący pomieścić 150 pensjonariuszy obu płci. Mieszkają tu ludzie, którzy — pozbawieni rodziny, opieki i środków do życia — nie mieliby dokąd pójść. To właśnie z myślą o nich w sercu Siostry Anny zrodziła się idea stworzenia miejsca, które będzie dla nich dachem nad głową i ostoją spokoju.
Zwykła kalkulacja ekonomiczna kazałaby uznać budowę takiego zakładu bez kapitału za przedsięwzięcie szalone. Ale Siostra Anna kierowała się inną logiką — ufnością w Opatrzność i w dobroć ludzi. Wierzyła, że Ten, który obudził w jej sercu pragnienie pomocy bliźnim, wzbudzi je również w sercach innych.
I rzeczywiście: kiedy fundusze wyczerpały się już na samych fundamentach, niemal natychmiast pojawili się pierwsi ofiarodawcy. Dzięki ich datkom udało się zakupić cegły, wapno, a później pokryć koszty robocizny. Gdy zabrakło pieniędzy na wykończenie wnętrz — znów znaleźli się ludzie dobrej woli.
Tak, krok po kroku, z niczego, wyrósł przytułek, który w dniu poświęcenia był już niemal w pełni zapełniony.
Skąd wziąć środki na utrzymanie?
Pytanie to zadaje sobie każdy, kto pozna historię powstania tej instytucji. Sto osób pod jednym dachem — to codzienny wydatek niemały. A jednak Siostra Anna pozostaje niewzruszona w przekonaniu, że skoro dzieło zrodziło się z wiary, to i dalsza opieka Bożej Opatrzności nie ustanie. W codziennej pracy wspierają ją członkinie zarządu, m.in. panie Kazimierzowa Sobańska i Aleksandra Wejssenhoffowa, które nie szczędzą wysiłku ani ofiarności.




W duchu św. Wincentego à Paulo
Działalność Sióstr Miłosierdzia odżywa dziś na nowo z tą samą mocą, która przed stuleciem pchnęła francuskiego misjonarza Baudouina do założenia pierwszych zakładów dobroczynnych nad Wisłą. Tamten przykład znalazł swoje odbicie i kontynuację w pracy Szarytek. Niedawno dzięki zabiegom Siostry Julii powstał przytułek św. Stanisława Kostki — dziś drugi, pod wezwaniem św. Franciszka Salezego, otworzył drzwi dla najbardziej potrzebujących.
Są to przedsięwzięcia ciche, niepozorne, a jednak o ogromnym znaczeniu duchowym i społecznym. Powstają nie z potrzeby prestiżu, lecz z pokory i chrześcijańskiej miłości bliźniego. Gdyby w szerszym zakresie powierzano kierownictwo instytucji filantropijnych takim właśnie „ziemskim aniołom w białych kornetach”, jak Siostry Anna i Julia, pomoc ubogim byłaby bardziej racjonalna, a jednocześnie głębiej zakorzeniona w prawdziwej trosce o człowieka.
Źródło:

Dodaj komentarz