Sołtys wsi Olesin Franciszek Pawelec był zamożnym i wyznaczał najbiedniejsze dziewczęta na roboty do Niemiec. Tym samym miał robotnika za darmo, bo ci wyznaczeni prosili sołtysa, również i ich ojcowie, żeby ich dzieci nie wyznaczał. Robili u Franciszka Pawelca za darmo cały rok. Na drugi rok znowu dostawali karty do Niemiec i znowu prosili Pawelca, że będą robić u niego. Tak cały czas wojny biedota robiła u sołtysa Pawelca za darmo, nawet jedzenia nie dawał. Żona jego Teodozja gdzie tylko wesela odbywały się po okolicy, ludzie ją prosili, bo przynosiła sute prezenty. Pawelec pobierał za całą wioskę różne towary, obuwie i materiały łokciowe, które Niemcy dawali za wywiązanie się z kontyngentu, ale Pawelec nic nie dał nikomu, nawet ludzie nie wiedzieli, że Niemcy dają takie przydziały. Jedną wódkę dawali ile kto odstawił.
Dużo się pisze w książce P. Czuby jak to Wacław Kłosowski ps. Lin na kursach motoryzacyjnych uczył partyzantów. Jak to można pisać do historii zmyślone rzeczy. Autorze Czuba, czy autor myślał, że już ludzie wymarli, a ci co żyją, to już zapomnieli jak to było za okupacji. Partyzanci napadali na Niemców, ale na jednostki jadące szosą Lublin – Krasnystaw, jeżeli chcieli coś zdobyć. Robili zasadzki, zdobyli dwie taksówki, jeden motocykl i jedną ciężarówkę z lekarstwami. Było dziewięć [9] skrzyń leków, które przywieziono do Olesina, do Jana Maciejewskiego ps. Piorun. Przyjechało dwóch doktorów z Krasnegostawu, jeden Szczereba, a drugi Świeca. Obaj przebrali skrzynie, co było potrzebne wzięli, a resztę zostawili. Skrzynie były duże, półtora metra długości, metr szerokości i metr wysokości. Gdy front się zbliżał, skrzynie wywieziono do lasu chłopskiego przy Olesinie.
Olesińskie elewy zdobywali łupy nie na wrogu tylko w chłopskiej oborze i dostarczali do meliny Szostaka, i za takie akcje noszą Krzyż Virtuti Militari.
Motocykl przyprowadzono do Jana Maciejewskiego i oglądali go partyzanci. Motocykl przyprowadzono do Jana Maciejewskiego, kopali i kopali, ale nie mógł zapalić. Instruktor, który sam się tak zwał, siadał na motor, kopał i kopał, ale nie mógł zapalić. Jak dwóch go pchało, to motor zaczął zapalać, jak przestali pchać, to motor stanął. To instruktor kazał dalej pchać i znowu to samo. I tak szła nauka przez instruktora. A on narzekał, że pojazd jest w złym stanie. Tak samo było z nauką na taksówkach. Taksówki zaprowadzono do Jana i Władysława Bojarczuków. Partyzantów było dużo, każdy chciał siadać i jechać, ale niestety silnik odmawiał posłuszeństwa. Nawet sam instruktor przykręcał, przyduszał, odkręcał i nic. Tak było co dzień. W końcu trzeba było zabrać taksówki i ukryć przed Niemcami, ale trzeba było pchać rękoma lub końmi do lasu. A po wyzwoleniu ja z kilkunastoma partyzantami, w tym z obydwoma Kłosowskimi Józefem i Wacławem, pojechałem swoimi końmi i te taksówki przyciągnąłem do lasu pod Olesin. W krótkim czasie UB przyjechał i zabrał je. A kiedy do taksówki wsiadł mądry kierowca to ją zapalił i pojechał, a druga coś szwankowała. Kłosowski żadnej nie umiał uruchomić, bo nie znał się zupełnie na pojazdach ani na niemieckich, ani na polskich. Dopiero po wyzwoleniu nauczył się jeździć. Skąd Kłosowski mógł uczyć i prowadzić kursy samochodowe, jak sam był ciemniakiem i żadnego partyzanta nie wyuczył na kierowcę.
Jak partyzanci zrobili zasadzkę na szosie Łopiennik – Fajsławice, na wzgórzu przy cmentarzu, to mieli swojego kierowcę. Po zatrzymaniu ciężarówki partyzant kierowca siadł za kierownicą i nawet nie umiał zapalić silnika, a tu trzeba było działać szybko. Trzeba było więc Niemca z powrotem wsadzić za kierownicę, a partyzant stał na stopniu samochodu na zewnątrz. Niemiec zapalił silnik, dodał gazu, a pięścią uderzył w nos partyzanta kierowcę i pojechał w swoim kierunku – Bartosiak z Orchowca.

Dodaj komentarz