Pewnego razu poszedłem do gajowego, na gajówkę, żeby wykupić budulec. Gajowy nazywał się Franciszek Malec, był w podeszłym wieku. Lubiany był przez władze nadleśnictwa, jak i przez okoliczną ludność. Był wysokiego wzrostu, miał potężny głos. Po dłuższej rozmowie z Malcem zapytałem jak przeżył okupację w lesie. Odpowiedział na to nie miałem żadnej. Spojrzałem na żonę i na niego, a oni oboje bardzo płaczą, gdy spytałem dlaczego płaczecie, a oni nic. Po kilku moich zapytaniach pan Malec uspokoił się i mówi: miałem dwóch synów, jednego zamordowali Niemcy, a drugiego Polacy. Pytam za co i dlaczego. Odpowiada mi: syn pracował w lesie za Lublinem jako leśniczy. Nie podobał się ludziom, bo na pewno chcieli darmo brać drzewo. Pytam Malca gdzie został zamordowany. Odpowiada z płaczem: u mnie w domu. Mówi dalej, wróciłem z lasu, żona postawiła kolację i zaczynamy jeść, a tu wpadają do mieszkania i zakładają synowi postronek na głowę, wyciągają go na dwór. Na dworze syn został zastrzelony, opowiada stary Malec, poznałem Wacława Szostaka. Malec zaczął straszliwie płakać. Więcej już nie pytałem, bo nie mogłem patrzeć na tych płaczących rodziców [w oryginale: „ojców”]. Wyszedłem, ponieważ Malec bał się więcej mówić, gdyż mieszkał w lesie i żeby nie było tak jak z jego synem.
Niemcy łapali młodych chłopców do roboty gdzie tylko się dało. Ze wsi Popowłocze, woj. Chełm schwytali dwóch braci z jednego domu. Nazywali się Semeniuk. Obaj pracowali w Lublinie i udało im się uciec. Uciekali w kierunku Chełma, zbłądzili. Na każdej wiosce były wystawione warty przez partyzantów. Zaszli do wsi Dobrzyńów, tam ich przyłapano i odesłano do Łopiennika, stamtąd do Majdanu Krzyżskiego, a z Majdanu do Olesina, do Jana Maciejewskiego ps. Piorun(był dowódcą BCh), ale Maciejewski nie wydawał żadnych rozkazów, czyli nie wolno mu było. Maciejewski jest trzecim moim sąsiadem, więc wszystko wiedziałem. U Maciejewskiego byli 2 dni i zostali zabrani do dyspozycji Szostaka Wacława, który się mianował zastępcą komendanta UB po wyzwoleniu. Semeniuków zabrano do obory Józefa Szwatowskiego i nad nimi postawiono wartę niedaleko meliny Wacława Szostaka. Zaczęło się śledztwo, że to są Ukraińcy i trzeba ich wystrzelać. Aby się dobrze upewnić, że są Ukraińcami Szostak Wacław i jego stryj, który po wyzwoleniu mianował się wójtem, wysłali Czesława Woźniaka – syna mojego stryjecznego brata do Popowłocze. Ten nie pojechał do miejsca pochodzenia Semeniuków, ponieważ Czesław Woźniak dobrze ich znał, a to dlatego, że ojciec Czesława Woźniaka mieszkał we wsi Leszczany położonej w odległości 1 km od wsi Popowłocze. Czesław Woźniak znał ich dobrze. Woźniak Czesław chwilowo przebywał u swojego stryja Tomasza Woźniaka mieszkającego obok mnie. Skrył się na tydzień, żeby nikt go nie widział. Po tygodniu poszedł do Szostaka Wacława i powiedział, że są Ukraińcami. Wyrok śmierci natychmiast został wykonany. Wyprowadzono ich z obory i do Szostaka Wacława prowadził ich Daniel Stanisław – bliski kuzyn Szostaka. Pytali się ci chłopcy: panie gdzie nas prowadzisz? Nie wiem, odpowiedział Daniel. Panie, co z nami zrobią? Nie wiem, odpowiedział Daniel. W melinie wyrok odczytano i odprowadzono chłopców z łopatkami do lasu. Tam kazano im kopać dół. Jeden kopał kilka razy i rzucił łopatkę, zaś drugi wcale nie chciał kopać. Wyrok na Semeniukach wykonała podchorążówka, która stacjonowała na gajówce. Ktoś postawił krzyż na ich grobie. W odległości około 130 metrów od mogiły Semeniuków znajduje się Pomnik Wdzięczności. W tym czasie gdy wyrok był wykonywany chłopak mojego sąsiada pasł w lesie krowy, skrył się i wszystko widział.
W Majdanie Krzywskim był prezes Stronnictwa Ludowego Antoni Banaszkiewicz, biedny człowiek. Niektórzy gospodarze pędzili bimber, a we wsi mieszkało trzech braci, którzy byli folksdojczami. Nazywali się oni Majchry. Przyszedł jeden z nich zobaczyć jak pędzą bimber, a był tam również Banaszkiewicz i posprzeczali się. Banaszkiewicz powiedział Majchrowi, że po wojnie będą wieszać folksdojczów. Po wyzwoleniu Majcher poszedł do Szostaka Wacława, u którego ukrywał się St. Sokołowski – dowódca AK. Szostak z Sokołowskim, żeby zemścić się na Banaszkiewiczu, zebrali swoich kumpli i poszli do Banaszkiewicza Antoniego. Po drodze wstąpili do sąsiada Majchra, żeby go schwytać, ale gospodarz się ukrył, więc tylko wystrzelili w mieszkaniu i poszli do Banaszkiewicza. Zastali go w domu. Zabrali go do lasu, a wcześniej kazali wziąć łopatkę, żeby wykopał dół. Dół wykopał, ale go nie zabito, tylko bardzo znęcali się nad nim. Zbity i zmasakrowany leżał do rana w lesie i nad ranem przyczołgał się do domu. Nikt mu nie udzielił pomocy. Dopiero koledzy z obcych wiosek złożyli pieniądze i przywieźli mu doktora. To było w jesieni 1944 r.
Niemcy różnych sposobów używali, żeby wyłapać komunistów. W majątku Kazimierza Plewińskiego w Orchowcu kwaterowało 19 SS-manów. Komendantem SS był żandarm, który nazywał się Sosna. Nie wiem czy to było jego prawdziwe nazwisko, czy pseudonim. Ubierali się różnie po cywilnemu, po rosyjsku. Pewnego razu na sesji sołtysów w Gorzkowie jeden z SS mówił po polsku: jeżeli macie w swojej wsi kogoś podejrzanego lub komunistę, to jak ktoś się boi powiedzieć niech napisze kartkę i położy ją pod głazem obok szosy, my co ranek sprawdzamy. Prawie żaden z sołtysów nie powiedział o tym ludziom. Tylko jeden sołtys Łysakowski ps. Wyrąb ostrzegł mnie. Niestety znalazł się szpicel w Bobrowem i zaniósł kartkę 2 listopada 1943 r. Tej nocy przyszedł parobek spać w stodole należącej do starej kobiety, u której kiedyś służył i ten go przypilnował. Rano 3 listopada 1943 r. do sołtysa przyjechało furmanką trzech SS-manów ubranych po cywilnemu i obskoczyli zabudowania. Gospodyni mełła zboże w żarnach. Niemiec zaczął krzyczeć. Fornal Józef spał na sianie. Niemiec go zobaczył. SS-mani kazali mu uciekać i w tym czasie strzelali.
23 marca 1942 r. ktoś wyśledził gdzie ukrywa się główny dowódca AK na gminę Gorzków Franciszek Jarocki ps. Jadźwing. Miał melinę u W. Młynarczyka, pod lasem we wsi Widniówka. Młynarczyk mieszkał na boku wsi, na ogromnym wzgórzu. Mieli schron pod podłogą w kuchni. Gdy Niemcy weszli do domu zastali żonę Jarockiego, a sam Jarocki z gospodarzem byli schowani pod podłogą. Za to Jarocki i Młynarczyk zostali odznaczeni Krzyżem Virtuti Militari. Franciszek Jarocki były porucznik 7 pułku stacjonującego w Chełmie, był przed wojną dowódcą karnej kompanii. Jak któryś z żołnierzy coś zawinił, to oddawano go w ręce Jarockiego.
W 1942 r. w melinie u Szostaka Wacława w Olesinie zaczął tworzyć się nowy rząd. Jan Szostak – stryj Wacława Szostaka był dumnym wójtem, bardzo się zauważał. Jak wychodził z gminy z księdzem, to jak ktoś powiedział mu dzień dobry, to wcale nie odpowiadał, bo miał zaszczyt, że księdza pod rękę prowadził. A ksiądz Szepetowski był radnym za konspiracji. Jan Szostak sam mianował się wójtem, wydawał wyroki i rozkazy, a jego bratanek Wacław Szostak te rozkazy i wyroki wykonywał. Szostakowi Janowi ciążył burmistrz Bieliński. I tak z jego rozkazu bratanek Szostak Wacław zebrał kumpli i udali się do burmistrza Bielińskiego. Wziął jednego malutkiego partyzanta z Olesina, żeby wyprowadził Bielińskiego z mieszkania. Późnym wieczorem 13 stycznia 1944 r. dwiema grupkami udali się z domu Wacława Szostaka, przez Jary Wielobyckie, do szosy gorzkowskiej, druhdy do wsi Zamostek, bo tam mieszkał Bieliński. Burmistrz miał piękne konie i bryczkę. Zaprzęgli konie do bryczki i sami wraz z Bielińskim wsiedli do niej. Bieliński był odziany w ciepłą długą burkę czarną z białym kołnierzem. W lesie pod Widniówką wyrok wykonał Wacław Szostak. Tylko go [Bielińskiego] źle zakopali, bo lisy odgryzły mu nogi, a nie jak opisuje P. Czuba, że coś straszy w lasku pod Orchowcem. Bryczkę i burkę po burmistrzu zabrał Edward Szostak – brat Wacława. W burkę się odziewał, gdy gdzieś wyjeżdżał, ale ludzie zaczęli się śmiać i burkę ukrył, a bryczką do dziś jeździ.

Dodaj komentarz