Bielany – dziś kojarzone głównie z zieloną dzielnicą Warszawy i malowniczym klasztorem kamedułów – przez wieki były miejscem wyjątkowym, gdzie pobożność splatała się z ludową zabawą, a tradycja łączyła wszystkie warstwy stołecznego społeczeństwa.
Pochodzenie nazwy
Sama nazwa Bielan wywodzi się od kamedułów, mnichów chodzących w białych habitach. To właśnie dla nich król Władysław IV ufundował w 1639 roku pustelniczy klasztor na skarpie wiślanej pod Warszawą. Ustronie, oddzielone od zgiełku miasta dębowym lasem, szybko stało się celem pielgrzymek i odwiedzin mieszkańców stolicy.
Zielone Świątki w Golędzinowie i zmiana miejsca
Zanim jednak Bielany zasłynęły jako ulubione miejsce majówek, warszawiacy gromadzili się w Zielone Święta w Golędzinowie na prawym brzegu Wisły. Tam urządzano symboliczne wesele ubogiej, cnotliwej dziewczyny ze Starego Miasta – mieszkańcy składali się na jej posag, bawiąc się i ucztując. Zwyczaj ten przeniesiono na Bielany, gdy z powodu wojen nie można było bezpiecznie świętować nad Wisłą. Tak połączono odpust kamedulski z ludową majówką, co dało początek wielowiekowej tradycji.
Już August II i August III bywali tu w Zielone Święta, a za czasów Stanisława Augusta bielańskie uroczystości osiągnęły apogeum. Dwór królewski, magnateria i szlachta przybywały w bogatych karetach i powozach, mieszczanie i pospólstwo – pieszo lub łodziami. Król najpierw odwiedzał klasztor i pustelnie, a potem przyglądał się ludowej zabawie.
Bale nad balami
W 1776 roku „Wiadomości Warszawskie” donosiły o balu „tak wspaniałym, jakiego tu nie pamiętają”: schody i bramy zdobione ogniami, kwiatami i machinami teatralnymi olśniewały nie tylko możnych, ale i prosty lud.
Bielany szybko stały się miejscem dorocznej rewi mody. „Bielany! Bielany! — ten wyraz jest w ustach połowy mieszkańców Warszawy” – pisał „Kurier Warszawski” w 1823 roku. Eleganckie kapelusze i suknie, kolor biały dominujący w toaletach, wozy i koczki tworzyły barwną procesję od rogatek Marymonckich po klasztorne wzgórze.
Poeta Stanisław Bratkowski podsumował to słowami:
„Do Bielan się w dzień Świątek przenosi Warszawa,
tam piękna moda daje na cały rok prawa.”
Orkiestry grały od rana, w lesie ustawiano huśtawki, karuzele, strzelnice i loterie. Wieczorami rozświetlały niebo fajerwerki. Restauratorzy i przedsiębiorcy stawiali namioty, w których można było zjeść, potańczyć czy spróbować szczęścia – nagrodami bywały nawet krowy czy owce.
Ci, którzy woleli niezależność, przywozili własne kosze pełne pieczeni, kurczaków, piwa i samowarów. „Wielki świat” wracał do miasta o godzinie dziewiątej wieczorem, reszta bawiła się do późnej nocy przy dźwiękach harmonii i tańcach na murawie.
Skala popularności
Popularność Bielan była ogromna. W 1830 roku urzędnicy rogatkowi zliczyli: 1371 koczów, 102 karety, 585 dorożek, 1354 bryczki, setki jeźdźców konnych i niezliczone rzesze pieszych. Tego dnia cała Warszawa przenosiła się do bielańskiego lasku – zamykano teatry, cyrki i ogrody rozrywkowe.
Atmosferę tych świąt uchwycił Artur Oppman, piewca dawnej stolicy:
„Na Bielany leci fale
Zapal rozhukany,
I odgrzmiały echem dale:
Niech żyją Bielany!”
Bielany oczami współczesnych (1825)
Relacje prasowe z lat 20. XIX wieku pokazują, że Bielany były nie tylko miejscem odpoczynku i radości, ale też tematem do satyrycznych uwag i społecznych obserwacji.
Publicyści zwracali uwagę, że majówki „nad Wisłą w dniu świątecznym są źródłem postrzeżeń żartobliwych”. Porównywano je do redut czy miejskich zabaw, a nawet kpiono z przesadnego przepychu powozów warszawskich mieszczan.
„Piękność położenia tego miejsca, szlachetna prostota wspaniałej natury, rozbrajać powinna najzgryźliwszego obserwatora” – notowano, ale zaraz dodawano, że widok bogatych koczów i karet musiał budzić zazdrość wśród tych, którzy z trudem wiązali koniec z końcem.
Krytykowano także strojenie się warszawianek. Damy – jak ironizowano – „tak pięknie a nawet wytwornie ubierały, jak to na sklepy Marchandes des modes przystało”. Podobno całe sklepy z modą pracowały miesiącami tylko po to, by przygotować toalety na bielańską majówkę.
Nie brakowało jednak głosów broniących tej tradycji. Pisano, że nawet w ciężkich czasach należy się bawić i „choć na chwilę zapomnieć o troskach”. Bielany były więc wentylem dla warszawskiej społeczności – okazją do spotkań, flirtów, a nawet natchnienia dla poetów.
W relacjach pojawiały się też nuty romantyczne. Opisywano miłosne spotkania i westchnienia pod dębowym lasem, a bielańskie Zielone Świątki przedstawiano jako święto pełne uniesień, „gdzie lutnia poety wznosi się ku uczczeniu piękności i uroku miejsca”.

Źródła:
Bielany, Rozmaitości Warszawskie, 1825 nr 22, [https://polona.pl/item-view/6bb9f9ff-1e16-49c2-ac5e-68f5942949f7?page=6 – dostęp wrzesień 2025]
Stolica : warszawski tygodnik ilustrowany. R. 21, 1966 nr 24 (12 VI)

Dodaj komentarz