We wrześniu 1921 roku zawitał do Berlina nowy poseł – pan Madeyski. Był drugi poseł polski w Berlinie, a pierwszy, który zamieszkał w nowym gmachu poselstwa. Nazwijmy gmach ten pałacykiem lub willą. Francuzi nazwaliby go z pewnością „Hôtel”, a Anglicy po prostu „Place”. Demokratyczna siedziba demokratycznego posła demokratycznej republiki.
Polska, wybierając siedziby dla swoich posłów, była w szczęśliwym położeniu – mogła wybierać i to, co wybrała, dostosować do swoich potrzeb, do prądów dzisiejszych i do środków, jakimi rozporządza. Nie ma na nich tego piętna zbyt szeroko skrojonego ubrania, jakie nosiły za duże i zbyt świetne poselstwa dawnej Austrii w stolicach świata.
Przy Kurfürstenstrasse, obok konsulatu, w pięknym ogródku wznosi się wielka willa, której ostatnie piętro zbudowano dopiero po zakupieniu domu przez rząd polski. Piętro to nosi miano mansardy, gdyż w tej części miasta, gdzie stoją wille w ogrodach, nie wolno budować domów dwupiętrowych.
Z jasnego przedsionka prowadzą dwa wejścia: jedno do sal reprezentacyjnych – gabinetu posła i apartamentów prywatnych – drugie do przestronnej poczekalni biurowej.
Na parterze mieści się gabinet radcy i wszystkie biura. Z jednego z nich terasa i schody prowadzą do ogrodu. W suterenach znajduje się mieszkanie odźwiernego, dwa dodatkowe pokoje biurowe oraz dwie schludne sypialnie dla kurierów, a także piwnice i urządzenia centralnego ogrzewania.
Biura są jasne, wysokie, skromnie, lecz z gustem umeblowane. Kilka obrazków, francuskie sztychy o tematyce polskiej i widoki starej Warszawy robią bardziej żywe i dodatnie wrażenie niż reprezentacyjne apartamenty i prywatne pokoje, dotąd niezamieszkałe.
Po jasnych schodach, zasłanych ciepłej barwy bławatkowym dywanem, prowadzi nas uprzejmy naczelnik kancelarii, pan Weber, na pierwsze piętro. Tu mieści się gabinet ministra z typowym wyposażeniem klubowym, biurkiem „ministerialnym” i starą, piękną gdańską szafą. Obok znajduje się wielka jadalnia i trzy salony – jeden większy, biały, z gobelinowymi meblami, dwa mniejsze, urządzone w modnym stylu.
Drugie piętro zajmują sypialnie oraz kuchnia. Sypialnia ministra ozdobiona jest obiciami toile de Jouy.
W lipcu odbyło się uroczyste poświęcenie nowego gmachu konsulatu polskiego w Berlinie. W obszernym budynku, znajdującym się tuż obok poselstwa, urzęduje konsulat, który przed nabyciem obu domów przez konsula generalnego, pana K. Rosego, mieścił się w kilku porozrzucanych po mieście, niewygodnych i niedostatecznych mieszkaniach.
Oba domy – dziś własność państwa polskiego – przedstawiają wartość około 6–8 milionów marek niemieckich (180–200 milionów polskich), a nabyte były za dwa miliony marek niemieckich, w czasie, gdy marka polska warta była jeszcze 60 fenigów niemieckich. Była to jedna z nielicznych, bardzo korzystnych transakcji naszego rządu.
Konsulat zasługuje jednak na jeszcze większą uwagę ze względu na to, że korzystają z niego znacznie szersze kręgi – zarówno Polacy, jak i cudzoziemcy udający się do Polski. Konsulat, który dziennie załatwia – oprócz wszystkich innych spraw – około 500 wiz, jest instytucją przynoszącą państwu piękne dochody, i to w markach niemieckich.
Jeżeli przy nabywaniu budynków konsul Rose okazał talent finansowy, a szczęśliwy i uchwycony natychmiast przypadek pozwolił mu przeprowadzić tak korzystny dla Polski interes, to z drugiej strony urządzenie konsulatu, wykorzystanie i uzupełnienie doskonałego rozkładu budynku oraz organizacja pracy świadczą o jego nadzwyczajnym talencie administracyjnym.
Po scenach „piekła dantejskiego” w urzędach paszportowych warszawskich, załatwianie tych samych formalności w Berlinie porównać można nie do czyśćca, ale do samego raju. Panuje tu nadzwyczajny ład i porządek: ławki dla publiczności już na dworze przy murze, obszerna i pełna ławek poczekalnia – to dowód ludzkiego zrozumienia zmęczenia i zdenerwowania interesantów. Służba jest grzeczna, chętna do udzielania informacji.
Z przedsionka wchodzi się do ośmiobocznego podwórza, które – nakryte szklanymi dachami na wysokości pierwszego i trzeciego piętra – tworzy halę centralną. Z niej prowadzą wejścia do biur. Na parterze znajduje się archiwum konsulatu, zajmujące trzy wielkie gabinety. Resztę parteru przeznaczono na biuro paszportowe.
Główna sala paszportowa, mieszcząca się w wielkim, okrągłym narożniku domu, ma wejście przedzielone przegrodą. Kolejka wchodzących i wychodzących, uchroniona od tłoku, może przesuwać się spokojnie od urzędnika do urzędnika, rozlokowanych wzdłuż bariery otaczającej salę.
Fotografie wykonane w godzinach pozabiurowych nie oddają nawet w przybliżeniu ruchu i nawału pracy, jaki codziennie spoczywa na konsulacie. Dość powiedzieć, że trzy pokoje registratury, w których piętrzą się „gołębniki” akt, już w ciągu kilku miesięcy prawie całkowicie się zapełniły.
W budynku mieści się również kasa poznańskiego Banku Przemysłowców, która codziennie ogłasza kurs marki polskiej, chroniąc w ten sposób przyjezdnych lub wracających do kraju przed stratami na kursie u nieuczciwych bankierów ulicznych. Na życzenie kasa dokonuje także wymiany pieniędzy.
W konsulacie nie ma też warszawskiego zwyczaju popijania herbaty i podjadania nad aktami, podczas gdy petent zniecierpliwiony musi czekać. Na dźwięk dzwonka rozlegającego się w całym budynku urzędnicy i urzędniczki, podzieleni na trzy grupy, schodzą do znajdującej się w suterenach kantyny na śniadanie lub obiad. Dzięki zmianom praca urzędu odbywa się bez przerwy.
Co więcej – w kantynie również interesanci mogą za skromną opłatą otrzymać posiłek, co jest wielkim udogodnieniem dla osób, które muszą długo czekać, a mieszkają daleko.
Wejrzawszy we wszystkie urządzenia i biura konsulatu, można wyrazić tylko jedno życzenie – aby jak najrychlej podobny porządek i organizacja zapanowały we wszystkich polskich urzędach.





Źródło:

Dodaj komentarz